Wraz z końcem 2015 roku na rynku wydawniczym ukazała się absolutnie nieświąteczna i niezimowa książka pod tytułem „Opowieści nie-mojego dziadka”, której autorem jest Artur Kubieniec – twórca postapokaliptycznej powieści „To już było...”. Jak wynika z opisu na okładce, nowe dzieło miało być zbiorem opowieści, gawęd i historyjek znanych nam z dzieciństwa, które chłodnymi popołudniami, w oparach gorącego kakao, opowiadali nam nasi dziadkowie. Główny bohater zrekonstruował je za sprawą zawodnej i rozstrojonej alkoholem pamięci oraz znalezionych na strychu pamiątek, byśmy na czas czytania przenieśli się z powrotem do czasów beztroskiej młodości. Tylko czy aby na pewno w środku znajdziemy to, co obiecuje opis na okładce?
Przystępując do lektury „Opowieści nie-mojego dziadka”, zrobiłam szybki przegląd opinii na temat książki w Internecie. Dowiedziałam się między innymi, że opowieści są ciekawe, ale nierówne, gdyż jedne czyta się z zapartych tchem, a inne chciałoby się wręcz pominąć. By się podobnymi wypowiedziami nie sugerować i nie zrażać, zaprzestałam poszukiwań, zamiast tego otworzyłam książkę opatrzoną magiczną okładką – brawa dla Krystiana Żelazo za jej projekt! – i oddałam się lekturze. Takim sposobem moje oczekiwania odnośnie zbioru mniej lub bardziej znajomych mi, całkowicie różnych i niepowiązanych historii, legły w gruzach. Okazało się, że „Opowieści nie-mojego dziadka” nie są zbiorem opowiadań, ale powieścią. Chcąc czytać historie wyrywkowo, dużo bym straciła. Cieszę się zatem, że należę do ludzi, którzy zaczynają od pierwszej strony, a kończą na ostatniej.
A jak ma się sprawa wspomnianej „nierówności” historii? Cóż, jedyną nierównością, jaką zaobserwowałam, jest ta dotycząca długości poszczególnych rozdziałów. Jedne są króciutkie i zajmują dziesięć minut czytania, inne pochłaniają całą drogę autobusem do domu i jeszcze trochę. Opowieści różnią się również stylistyką, ale nie między sobą, a raczej wewnątrz każdej. Czasem odnosiłam wrażenie, że Kubieniec był już zmęczony pisaniem, więc stawiał litery byle jak, byle tylko oddać książkę na czas. Momentami bowiem opowiadania mają zbyt wiele powtórzeń, a słowa dobierane są jakby na chybił-trafił. Po chwili jednak wszystko się uspokaja, zupełnie jak morze po sztormie, który nieustannie przewija się przez opowieści nie-dziadka głównego bohatera.
Poza tym jednym małym mankamentem stylistycznym, „Opowieści nie-mojego dziadka” bardzo mi się podobały. Wyrzuciłabym rozdział o krasnalach, który w moich odczuciu nie pasował do całości, ale resztę przyjęłam z wielkim zainteresowaniem i zaangażowaniem w proces czytelniczy. Wiem, że kiedy minie rok, chętnie do książki wrócę. Najlepiej podczas pobytu nam morzem lub w trakcie podróży statkiem. A nuż będzie to wstęp do mojej własnej, a la marynarskiej przygody.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Artur Kubieniec, Opowieści nie-mojego dziadka, Gdynia, Novae Res, 2015
Komentarze