„Oszpicyn” – recenzja

Recenzja książki „Oszpicyn”.
„Jeśli Bóg istnieje, będzie musiał błagać mnie o wybaczenie.”

Takie słowa wydrapał jeden z więźniów na ścianie baraku w jednym z obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, zwanym przez Żydów Oszpicynem. Właśnie tam – w mieście krwi i łez, w mieście ludzkiej ubojni - autor postanowił osadzić fabułę swojej powieści. Pamięć o wydarzeniach z Oświęcimia jest obecna w naszej świadomości z mniejszym lub większym natężeniem i kojarzy się z ogromną traumą, dlatego umieszczenie tam całej akcji uważam za dość brawurowe posunięcie. Co więcej – całkiem udane.

Młody dziennikarz Wojciech Jaromin rozpoczyna pracę w lokalnej gazecie. Wkrótce dochodzi tam do serii dziwnych wydarzeń z udziałem dzieci. Rodzeństwo miażdży swoich dziadków, mały chłopczyk dusi dziadka za pomocą wędki, dziewczynka wbija kredkę w oko nieznajomemu mężczyźnie. Dziwne anomalie? A może to seria powiązanych ze sobą morderstw? Czy to przypadek, że demony budzą się akurat w mieście będącym symbolem wcielonego zła?

Zdaję sobie sprawę, że zarys akcji przedstawiłam dość enigmatycznie, ale nie chcę psuć czytelnikom frajdy z czytania. Tak, frajdy! Bo ta książka jest właśnie do czytania, do czerpania z niej porządnej dozy rozrywki. Sięgając po nią, bałam się, że autorstwo profesora polonistyki może pociągnąć za sobą przerost formy nad treścią. Nic bardziej mylnego. „Oszpicyn” to lektura, od której trudno się oderwać.

Na pierwszy plan wysuwa się wątek kryminalny, ale towarzyszy mu wiele zjawisk paranormalnych. Pojawiają się w niej również smutne nawiązania do historii, do trudnych relacji polsko-żydowskich, w których częstokroć chciwość i bezwzględność stawały ponad wspólne dobro. „Dziedziczymy długi, dziedziczymy głupotę i lekkomyślność, poczucie winy i traumę niewolnictwa – to może i zemstę dziedziczymy?” Ten cytat wrył mi się w pamięć niczym drzazga w zranioną dłoń. Czyżby powieść była również druzgocącą diagnozą problemów trawiących Polskę? Bo te owszem występują. Są co prawda zminiaturyzowane do realiów małego miasta, ale tak naprawdę przedstawiają bardzo szeroką perspektywę. Zmowa milczenia, zamiatanie problemów pod dywan, wywieranie presji. Brzmi znajomo?

Nie mam zamiaru oceniać powieści pod kątem językowym, gdyż wytknięcie czegokolwiek poloniście (a zarazem literaturo i kulturoznawcy) byłoby strzałem w kolano i mogłoby mnie narazić tylko i wyłącznie na śmieszność. Narracja prowadzona jest z perspektywy głównego bohatera i na dodatek z dość odległej perspektywy, co pozwala na ich dodatkową ocenę. Autor – jak dla mnie – genialnie przedstawia kolejne wydarzenia, które z początku dość niejasne, z biegiem akcji układają się w całość. Bardzo podoba mi się różnorodność zastosowanych form. Z do bólu realistycznych opisów zwłok, przechodzimy do nerwowych rozmyślań bohatera, żeby za chwilę dać ponieść się literackim opisom przyrody osadzonym na tle krematoryjnych pieców.

Krzysztof Zajas nie ukrywa, że jego największą inspiracją jest twórczość Stephena Kinga. Myślę, że gdyby mistrz sięgnął po „Oszpicyn”, nie rozczarowałby się.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Krzysztof A. Zajas, „Oszpicyn”, wyd. Marginesy, Warszawa, 2017 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat