Wielka, kolorowa, wypełniona mitycznymi postaciami okładka przykuwa wzrok. W środku nie jest inaczej – na 160 stronach rozmiaru A4 dumnie prezentują się dziesiątki postaci, prężąc muskuły, wykręcając sprężyste ciała i wyciągając ręce w tysiącach różnorakich gestów. Cóż to za tajemnicza książka, z której bije tak niesłychana magia? To „Anatomia dla artystów fantasy” Glenna Fabry’ego i Bena Cormacka, w której mężczyźni prezentują sposoby tworzenia własnych postaci, a nawet całych klanów fantasy. Nie jest to jednak pozycja wyłącznie dla miłośników gatunku. Sięgnąć po nią może każdy, kto ma ochotę podszkolić swój warsztat rysunkowy, dowiedzieć się nowych rzeczy o świecie półbogów i czarownic albo po prostu popatrzeć na pięknie wykonane ilustracje. One stanowią bowiem tło dla nielicznych, ale bardzo rzeczownych tekstów i porad.
Na wstępie autorzy podkreślają, że aby zostać twórcą postaci fantasy, wcale nie trzeba mieć stuprocentowej wiedzy o tym gatunku. Wystarczy zdolność używania własnej wyobraźni. Kiedy się ją odpowiednio pobudzi, stworzy się świat magią dorównujący nawet najskrytszym snom. „Anatomia dla artystów fantasy” nie jest przy tym typowym podręcznikiem, jaki pamiętać możemy z czasów liceum bądź innej szkoły. To raczej ślad artysty, który po bardzo delikatnej, cienkiej nitce prowadzi nas ku naszemu własnemu wnętrzu. Postacie nie mogą być bowiem powielane, czy przerysowywane. W tworzeniu fantasy chodzi o to, by zajrzeć do własnej głowy i uwolnić z niej najbardziej niecodzienne monstra. A żeby to zrobić, warto znać podstawy rysunku. To również oferują nam Fabry i Cormack. W kolejnych rozdziałach ukazują sposób szkicowania ciał, mimiki, dłoni, emocji. Robią podział na postacie damskie i męskie. Dzięki nim poznajemy pewnych podstawowych bohaterów, ale także wzorcowe pozy, jak np. „atak mieczem”, „decydujący cios” czy „wędrującą przez las”. Zauważamy, jak ważną rolę w rysunku stanowi gra światłem i cieniem, jak pięknie zarysowują się dzięki temu mięśnie, tak ważne w ciele superherosów. Zostajemy zachęceni do czerpania inspiracji z wielu źródeł: fotografii, filmu, literatury, rzeźby, komiksu, internetu czy sportu. Na końcu książki spotkamy się z indeksem zagadnień, do których szybko możemy przejść, dzięki podanym obok stronom.
„Anatomia dla artystów fantasy” jest zatem książką dla wszystkich, a nie tylko dla fanów komiksów, fantastyki i science-fiction. Można nauczyć się dzięki niej rysunku, albo po prostu zafascynować tym obcym, tajemniczym światem. Dzięki opisom i informacjom w środku, poznaje się charakterystyczne cechy gatunku, historie, opowieści, postacie. Odkrywa się również style, czyli high fantasy, space operę, weird fiction, arkadię, erotykę i egzotykę. Myślę, że jeśli po przeczytaniu tej książki nie sięgniemy od razu po kartkę i ołówek, to tylko dlatego, że nie mamy ich akurat pod ręką albo boimy się fiaska, porównując nasze ostatnie bazgroły do pięknych ilustracji autorów. Urodzi się w nas jednak pewne uczucie nostalgii, tęsknoty za „darem” rysowania. A może wcale nie istnieje coś takiego, jak „dar”, a dzięki poradnikowi i wam uda się stworzyć równie piękne postacie? O tym jednak musicie przekonać się sami.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Glenn Fabry, Ben Cormack, „Anatomia dla artystów fantasy”, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2013
Komentarze