„Paryż. Lata 20. Lata 30. Taniec na wulkanie” – recenzja

Recenzja książki „Paryż. Lata 20. Lata 30. Taniec na wulkanie”.
Paryż, którego już nie ma. O tęsknocie za dawną Francją.

Są książki, które pozwalają nie tylko przenieść się w czasie, lecz także boleśnie uświadomić sobie, jak wiele bezpowrotnie utraciliśmy. Nie chodzi wyłącznie o ludzi, których już nie ma, o dawne stroje, eleganckie kawiarnie czy ulice, po których przechadzali się wielcy artyści. Chodzi o cały świat – o jego atmosferę, hierarchię wartości, stosunek do piękna, kulturę osobistą i przekonanie, że cywilizacja jest czymś więcej niż wygodnym sposobem organizowania codzienności. Taką właśnie podróż proponuje Marta Orzeszyna w książce „Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie”. To opowieść o mieście, które stało się symbolem europejskiego geniuszu, a zarazem zaproszenie do refleksji nad tym, co z dawnej Francji pozostało we współczesnym świecie.

Paryż lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku fascynuje do dziś. W wyobraźni jawi się jako stolica artystów, intelektualistów, projektantów mody i ludzi, którzy nie bali się żyć odważnie, tworzyć rzeczy nowych i kwestionować zastany porządek. To miasto Hemingwaya, Picassa, Modiglianiego, Tamary Łempickiej, Coco Chanel i Elsy Schiaparelli. Miasto literackich kawiarni, artystycznych pracowni, salonów towarzyskich, dyskusji przeciągających się do późnej nocy i nieustannego fermentu intelektualnego. Miasto, w którym sztuka nie była jedynie dodatkiem do życia, lecz stanowiła jeden z jego najważniejszych wymiarów.

Orzeszyna przywraca nam ten świat z imponującym bogactwem szczegółów. Nie ogranicza się do przywoływania wielkich nazwisk, ale pokazuje ludzi, miejsca i zjawiska, które wspólnie tworzyły niepowtarzalny klimat epoki. Paryż nie jest tutaj jedynie piękną scenografią dla biografii sławnych twórców. Staje się żywym organizmem, w którym moda spotyka się z literaturą, malarstwo z filozofią, architektura z nowoczesną techniką, a przemiany obyczajowe wpływają na sposób myślenia o człowieku. Wszystko zdaje się pozostawać w ruchu, wszystko zapowiada coś nowego.

Szczególnie urzeka obraz francuskiej elegancji. Nie tej rozumianej wyłącznie jako kosztowny strój czy odpowiednio dobrane dodatki, lecz jako pewna filozofia życia. Elegancja oznaczała świadomość formy, dbałość o szczegóły, szacunek dla rzemiosła i przekonanie, że nawet codzienność zasługuje na odrobinę piękna. Wystarczy przyjrzeć się modzie Coco Chanel, odwadze Elsy Schiaparelli czy twórczości Antoniego Cierplikowskiego, by dostrzec, że estetyka nie była wówczas sprawą błahą. Stanowiła język, którym opowiadano o nowoczesności, niezależności i aspiracjach.

Dawna Francja, oglądana przez karty tej książki, wydaje się światem bardziej świadomym własnej kulturowej tożsamości. Światem, który znał swoje korzenie, a jednocześnie nie bał się otwierać na nowe idee. W Paryżu spotykali się ludzie różnych narodowości, języków i doświadczeń. Przybysze z całego świata przyjeżdżali tam, by uczestniczyć w życiu artystycznym i intelektualnym. Ich obecność nie musiała oznaczać zaniku francuskiej kultury. Przeciwnie – to właśnie wyrazistość miejscowej tradycji, języka, instytucji i obyczajów sprawiała, że miasto potrafiło przyciągać twórców i inspirować ich do działania.

To rozróżnienie wydaje mi się szczególnie istotne w kontekście współczesności. Dzisiejsza Europa chętnie mówi o różnorodności, otwartości i wielokulturowości, znacznie rzadziej jednak zastanawia się nad wartością własnej tożsamości, która zostaje powoli wypierana przez najeźdźców z krajów muzułmańskich. Dzisiejsza Francja wydaje się odległa o miliony lat świetlnych od tej, którą opisuje Marta Orzeszyna. A minęło raptem 100 lat. Mniej więcej cztery pokolenia wystarczyły, aby zniszczyć dziedzictwo swoich przodków.

Czytając Orzeszynę, trudno nie pomyśleć o tym, jak bardzo zmieniły się współczesne europejskie metropolie. Paryż nadal pozostaje miastem niezwykłym, lecz jego romantyczny obraz coraz częściej zderza się ze smutną rzeczywistością, w której komercjalizacja czy zatłoczone ulice są najmniejszym problemem.

Jeszcze bardziej niepokojący wydaje się zanik kultury rozumianej jako wspólne zobowiązanie. Można mieć dostęp do niemal nieograniczonej liczby informacji, a jednocześnie coraz rzadziej spotykać się z autentycznym zainteresowaniem historią, literaturą czy sztuką. Można podróżować po całym świecie, nie nauczywszy się niczego o miejscach, które się odwiedza. Można mówić o postępie, a zarazem bezrefleksyjnie niszczyć to, co wymagało stuleci, by powstać. Współczesna cywilizacja dysponuje niezwykłymi możliwościami technologicznymi, lecz nie zawsze potrafi odpowiedzieć na proste pytanie: czemu te możliwości mają służyć?

W tym sensie książka Orzeszyny staje się czymś więcej niż historyczną opowieścią o dwóch dekadach. Uświadamia, że rozwój cywilizacji nie polega wyłącznie na zmianie urządzeń, obyczajów czy sposobów komunikacji. Polega również na zdolności przekazywania wartości, pielęgnowania pamięci i rozpoznawania różnicy między postępem a zwykłym zerwaniem z przeszłością. Nie każda nowość jest osiągnięciem, podobnie jak nie każda zmiana oznacza, że człowiek staje się bardziej wolny, wrażliwy czy mądry.

Nostalgia, która towarzyszy lekturze, nie jest zatem wyłącznie tęsknotą za pięknymi sukniami, secesyjnymi fasadami czy atmosferą paryskich kawiarni. Jest tęsknotą za światem, w którym kultura miała rangę, a piękno nie musiało usprawiedliwiać swojego istnienia użytecznością. Za czasami, w których można było wierzyć, że wybitny artysta, pisarz czy architekt współtworzy coś trwalszego niż chwilowa popularność. Za Europą, która mimo swoich licznych wad potrafiła wytworzyć dzieła i idee stanowiące punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń.

Nie chciałabym jednak idealizować międzywojennego Paryża. Podtytuł książki – „Taniec na wulkanie” – trafnie przypomina, że za blaskiem kryły się także traumy pierwszej wojny światowej, nierówności, konflikty polityczne i narastające ekstremizmy. W latach trzydziestych beztroska ustępowała miejsca lękowi, kryzys gospodarczy zmieniał życie zwykłych ludzi, a europejski kontynent ponownie zmierzał ku katastrofie. Historia nie pozwala więc bezkrytycznie uznać tamtej epoki za utracony raj.

I może właśnie dlatego jest ona tak interesująca. Piękno nie unieważniało wówczas tragedii, a artystyczny rozkwit nie gwarantował moralnego ani politycznego bezpieczeństwa. Można tworzyć arcydzieła i nie umieć uchronić świata przed barbarzyństwem. Można budować wspaniałe miasta, a zarazem nie dostrzegać sił, które doprowadzą do ich zniszczenia. Orzeszyna przypomina, że kultura nie jest talizmanem chroniącym przed historią. Jest jednak jednym z najcenniejszych świadectw tego, co człowiek potrafi stworzyć, zanim zniszczy to w imię ideologii, interesów czy własnej pychy.

Warto docenić również bogatą warstwę ilustracyjną książki. Fotografie, reprodukcje, plakaty i materiały archiwalne pozwalają nie tylko wyobrazić sobie opisywany świat, lecz także niemal go dotknąć. Moda, architektura, twarze artystów i fragmenty miejskiej codzienności przemawiają z siłą, której nie zawsze potrafi dorównać sam tekst. To publikacja, do której chce się wracać, zatrzymywać na poszczególnych obrazach i pozwalać, by uruchamiały wyobraźnię. Jej panoramiczny charakter sprawia, że otrzymujemy szeroki portret epoki, choć nie każdy temat może zostać rozwinięty z równą głębią. To raczej zaproszenie do odkrywania niż ostatnie słowo na temat międzywojennego Paryża.

Największą wartością tej książki pozostaje jednak jej zdolność do wzbudzania pytań o teraźniejszość. Co właściwie chcemy zachować z europejskiego dziedzictwa? Czy nadal potrafimy odróżnić kulturę od rozrywki, elegancję od ostentacji, wolność od braku wszelkich granic? Czy wielokulturowość ma być spotkaniem tradycji, czy też pretekstem do uznania, że żadna z nich nie zasługuje na szczególną troskę? I wreszcie: czy w imię nieustannej modernizacji nie pozbywamy się zbyt łatwo tego, co czyniło europejskie miasta rozpoznawalnymi, a europejską kulturę – wyjątkową?

„Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie” to zatem książka dla tych, którzy chcą zobaczyć nie tylko dawną stolicę Francji, ale także Europę w jednym z najbardziej fascynujących momentów jej historii. Dla miłośników sztuki, mody, literatury i obyczajów, lecz również dla tych, którzy odczuwają niepokój wobec współczesnego świata i zastanawiają się, co właściwie tracimy w imię postępu.

Anna Stasiuk

Marta Orzeszyna, „Paryż. Lata 20. Lata 30. Taniec na wulkanie”, Rebis, Poznań 2026.



Komentarze




Newsletter

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat