„Pieczara gromów” – recenzja

Recenzja książki „Pieczara gromów”.
Deszcz, burza i szepty martwych mścicieli…

Wyobraź sobie, że pewnego dnia budzisz się i zamiast ukochanego łóżka, misia czy pościeli pachnącej kwiatowym płynem do płukania widzisz białe ściany, wysterylizowane naczynia na półce, a w powietrzu czujesz unoszący się zapach lizolu. Tego właśnie doświadczyła bohaterka powieści - Susan Thorton. Przerażona kobieta dowiedziała się, że uległa ciężkiemu wypadkowi i trafiła do pobliskiego szpitala, gdzie znajdowała się w śpiączce przez ostatnie dwadzieścia dwa dni.

Podczas rekonwalescencji Susan powoli odzyskuje pamięć i przypomina sobie kolejne wydarzenia z przeszłości z wyjątkiem jednego. Nie pamięta nic, co miałoby związek z firmą Milestone, w której pracowała jako fizyk. Co więcej myśl o pracy wzbudza w niej strach i niepokój…

Na pozór wszystko wydaje się być w porządku. Towarzystwo miłego personelu oraz obecność czarującego doktora McGee sprawia, że kobieta szybko odzyskuje siły. Niespodziewanie Susan zaczyna widywać osoby sprzed dwudziestu lat. To właśnie wtedy, w Pieczarze Gromów, czworo oprawców skatowało jej chłopaka. Teraz prześladowcy wrócili, żeby się zemścić. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszyscy już od dawna nie żyją…. Zmory sprzed lat osaczają ją, są coraz bliżej, odgrażają się i zapowiadają rychły koniec… Kobieta nie ma pojęcia co się dzieje. Choroba psychiczna? Uszkodzenie mózgu? Wielka maskarada?

Książkę czytałam z zapartym tchem i sama byłam ciekawa w jaki sposób autor wyjaśni to, co wydarzyło się w szpitalu. Zagadka została rozwiązana, ale w sposób, który mnie rozczarował. Spodziewałam się, że będzie to coś „odjechanego w stylu Koontza”; jakaś zaskakująca i misterna intryga, ale niestety… zawiodłam się. Uważam, że pisarz nie wykończył dzieła na miarę swojej wyobraźni. Mam wrażenie, że zabrakło mu w pewnym momencie sił twórczych, dlatego postanowił zadowolić czytelnika zaledwie strzępami swoich możliwości. A te są ogromne, o czym jego fani mogli się przekonać nie raz.

Mimo fatalnego, według mnie, zakończenia „Pieczara gromów” to powieść warta przeczytania. Koontz mistrzowsko stopniuje napięcie, powoli wprowadza kolejne postacie, które coraz mocniej zacieśniają niewidzialną pętlę obłędu wokół szyi bohaterki. Czytelnikowi nieustannie towarzyszy aura zniewolenia, ogłupienia, strachu… Na uwagę zasługują również niezwykle sugestywne, aczkolwiek makabryczne sceny oraz świetnie wkomponowane w całość detale np. tajemnicze głosy, opis pogody czy ciszy, za którą czai się zło…

Książkę czyta się lekko i łatwo, jednak…. czuję, że równie lekko i łatwo o niej zapomnę. Jest to jedna z wcześniejszych powieści w dorobku Koontza, może nie tak dobra jak „Odwieczny wróg” czy „Intensywność”, ale warta zagłębienia się w niej na dobrych kilka godzin. Oczywiście jeżeli za oknem widać błyski oraz słychać tętniący o szyby deszcz. Brr…

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Dean Koontz, „Pieczara gromów”, wyd. Albatros, Warszawa, 2015 r



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat