„Piękne zło” – recenzja

Recenzja książki „Piękne zło”.
„Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział.”

Każdy z nas ma w sobie choćby mały pierwiastek pani Dulskiej i stara się kreować swój wizerunek w taki sposób, aby inni postrzegali go za osobę atrakcyjną, ciekawą, z pasją, której w życiu się poszczęściło. Bardzo sprzyjają temu media społecznościowe, które pozwalają nam selekcjonować zamieszczane informacje. Wstawiamy więc zdjęcia swojego wysprzątanego i pięknego salonu (choć gdyby kadr został przesunięty kilka centymetrów w prawo, można byłoby dostrzec zabałaganioną kuchnię i walające się po blatach resztki jedzenia), anielsko uśmiechniętych dzieci (których wybryki kilka minut wcześniej nabawiły matkę palpitacji serca) czy swojego bosko opalonego ciała na wakacjach na tle oceanu (choć, aby na nie jechać trzeba było zaciągnąć ogromny kredyt). Manipulujemy informacjami tak, aby nasze otoczenie widziało tylko piękny obrazek wyzuty z problemów, trosk i jakichkolwiek niedoskonałości. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że bardzo często za tym właśnie obrazkiem kryje się prawdziwy dramat.

Maddie i Ian wiodą, mogłoby się zdawać, iście bajkowe życie. Mają przepiękny dom na przedmieściach Kansas City, ślicznego synka Charliego i całkiem pokaźne dochody, dzięki którym mogą żyć na przyzwoitym poziomie, nie odmawiając sobie niczego. Skoro wszystko tak fantastycznie wygląda, to dlaczego Maddie musi uczęszczać na terapię? Dlaczego jej mąż w piwnicy urządził sobie bunkier? Dlaczego nie potrafi zrezygnować z alkoholu? I z jakiego powodu w ich życiu znów pojawia się Joanna, dawna przyjaciółka Maddie? Czyżby na sielskim obrazku rodzinnego szczęścia pojawiły się rysy?

Od samego początku, krok po kroku, jesteśmy „wciągani” przez autorkę w życie jej książkowych bohaterów oraz nieustannie konfrontowani z tym, co było kiedyś i tym, co dzieje się teraz. W książce przeplatają się rozdziały z przeszłości,  dzięki którym poznajemy historię Maddie i Iana, z tymi z teraźniejszości ukazującymi obecne życie pary i ich synka. Jest też kilka mini rozdziałów rozgrywających się tuż po zabójstwie, z których dowiadujemy się jedynie, że ktoś kogoś zamordował. Sama zagadka zostaje rozwikłana dopiero na samym końcu, a dochodzenie do prawdy okazuje się misternie utkaną grą pozorów. Właściwie do samego końca nie wiedziałam, komu mogę wierzyć. Każdy z bohaterów bowiem miał swoje małe tajemnice; uciekał się do kłamstw i kłamstewek.

Czytałam wiele thrillerów, w których fabuła była mniej lub bardziej wiarygodna, jednak po lekturze „Pięknego zła” doszłam do wniosku, że jest to historia do bólu realna, która naprawdę mogłaby się wydarzyć. Co prawda początek powieści nie był dla mnie zbyt łatwy - momentami wydawał się wręcz irytujący, nudny, sztucznie przeciągany – jednak z czasem fabuła nabiera tempa i wciąga nas w zawrotnym tempie w wir kolejnych wydarzeń. Uważam, że „Piękne zło” to naprawdę wartościowy thriller psychologiczny, po który powinien sięgnąć każdy fan tego gatunku.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Annie Ward, „Piękne zło”, Czarna Owca, Warszawa 2020.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat