Od zawsze Francja kojarzyła mi się dość stereotypowo. Myśląc o tym kraju, od razu miałam przed oczami zatłoczone restauracyjki, gdzie wszyscy zajadają się śmierdzącymi serami i żabimi udkami poupychanymi na wzór hot – dogów w chrupiącą bagietkę; wieżę Eiffla, która prezentuje się przepięknie tylko na widokówkach oraz tłumy obcokrajowców (szczególnie muzułmanów) stanowiących większy odsetek mieszkańców Paryża niż Francuzi z krwi i kości. Nie wiem czemu, ale nigdy nie czułam specjalnej ochoty, żeby udać się tam w podróż. Skandynawia – tak! Niemcy – tak! Włochy – tak! A Francja? Leży gdzieś na marginesie moich wycieczkowych marzeń. Nie chcę się uprzedzać, ale za sprawą takich wyrażeń jak „francuski piesek” czy „francuskie maniery” miałam wrażenie, że ludzie zamieszkujący ten kraj są strasznie sztywni (wręcz nadęci), dbający bardziej o pozory aniżeli o to, co rzeczywiście dzieje się tu i teraz.
Po przeczytaniu powieści Elizabeth Bard, w której wyczułam swoją pokrewną duszę, stwierdziłam, że moje wrażenia związane z Francuzami nie były wcale takie do końca błędne. Autorka bestsellera „Lunch w Paryżu” tym razem zabiera nas do małej wsi na Prowansji, gdzie razem z mężem postanowiła odpocząć od wielkomiejskiego życia. Kobieta opisuje swoje zmagania z panującymi tam zwyczajami, stylem życia, postrzeganiem świata. Wpasowywanie się w cudze kanony okazuje się być dla niej niezwykle trudne. Jej amerykańska swoboda, wolność wyrażania myśli i otwartość natrafiają na niezwykle gruby mur francuskiej mentalności, gdzie w cenie jest dyskrecja, minimalizm i powściągliwość. Mimo to autorka potrafi wpasować się w tamtejsze środowisko, pozostawiając zarazem margines dla swoich działań i w dodatku opisać to wszystko z błyskotliwością i humorem.
Jedynym aspektem bogatej i szeroko pojętej francuskiej kultury, którą Bard pokochała i przyjęła jak swoją, okazała się kuchnia. Autorka z ogromnym uczuciem i miłością opisuje smaki towarzyszące jej w codziennym życiu. Książka wypełniona jest wieloma kuszącymi przepisami, których smak i zapach przechodzą przez kolejne strony, drażniąc moje wrażliwe nozdrza oraz wiecznie nienasycone podniebienie…
Uważam, że powieść jest równie wyśmienita jak zapisane w niej przepisy. Autorka wprowadza nas w swój świat pięknych i ciepłych wspomnień, poruszających historii i chwil przesiąkniętych aromatem przygotowywanych przysmaków. Czasem z odrobiną złośliwości, czasem z nutką ironii, a czasem z dozą ogromnej radości pokazuje nam, że w życiu nigdy nic nie wiadomo i należy brać je takim, jakie jest.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Elizabeth Bard, „Piknik w Prowansji”, wyd. Bukowy Las, Wrocław, 2016 r.
Komentarze