Lilly to sędziwa staruszka, której pękło serce. No właśnie. Jaki dźwięk może wydawać osiemdziesięciodziewięcioletnie serce, które zaczyna się kruszyć? Czy to może być słyszalne w ciszy?
Może nie, a może tak. Z pewnością jednak wszystko widać i czuć. Z każdej karty powieści uczucia wydobywają się jak gołębie z pozamykanych klatek.
Główna bohaterka, zrozpaczona po samobójstwie swojego ukochanego wnuka, zaczyna zastanawiać się nad sensem życia - darem „niekiedy bardzo trudnym do przyjęcia, koniem, któremu tak często chcemy zajrzeć w zęby”. Ziemska wędrówka Lilly w niczym nie przypominała bajki, a jednak ona pokochała ją tak, że nie potrafiła jej tak po prostu przerwać. Urodziła się i wychowywała w Irlandii. Wybuch I wojny światowej i śmierć ukochanego brata spowodowały, że musiała wydorośleć z dnia na dzień. Narzeczony dziewczyny po powrocie z wojny, wstąpił do ochotniczych oddziałów wspierających irlandzką policję. Ponieważ rodzina stanęła po tej „złej” stronie, wydano na nich wyrok śmierci. Lilly wraz z ukochanym musiała opuścić rodzinne strony i udać się do Ameryki - tytułowego Kanaanu. Oboje karmili się nadzieją na lepsze życie i gdy te okazało się być w zasięgu ręki… los znów chciał inaczej. I tak w życiu Lilly było chyba za każdym razem. Kiedy wydawało się jej, że wszystko nabiera właściwego tempa, że życie staje się łaskawsze i puszcza do niej oko… ledwo liźnięte szczęście traciło swój smak. Śmierć Billa przepełniła czarę goryczy.
Pomimo wielu upadków , życiowych burz i wstrząsów, z których musiała się podnieść, Lilly poznała tą tajemnicę życia, która dla wielu była i jest nieosiągalna. Nauczyła się doceniać to, w czym była zanurzona – codzienność. Te małe chwile, które przepływają gdzieś pomiędzy palcami i drobne radości, które w ferworze zdarzeń gdzieś uciekają.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy po raz pierwszy wzięłam książkę do rąk, machinalnie włączyłam piosenkę U2 „Ordinary Love”. Przeczuwałam, że jedno będzie idealnie pasowało do drugiego. I nie pomyliłam się. Kiedy miałam przed sobą ostatni rozdział, już nie wyobrażałam sobie tej powieści bez melodii opowiadającej o budowaniu zwykłej miłości. Właśnie o takiej miłości, jaką Lilly obdarzała najbliższych sobie ludzi. O miłości, która nie karmi się wzniosłymi ideałami, ale przekłada się na rzeczy namacalne – na zapach porannego kakao, na uścisk dłoni, na posprzątaną kuchnię.
„Po stronie Kanaanu” nie jest powieścią, którą czyta się na raz, szybko trawi i równie szybko zapomina. Jest to powieść, którą trzeba potraktować jak kolację w najwytrawniejszej restauracji. Należy delektować się nią powoli, w skupieniu, wyciągając aromat słów z każdego zdania. I nigdy nie zapomnieć o jej najważniejszym przesłaniu. O tym, że w życiu nie chodzi o to, aby przeczekać burzę, ale by nauczyć się tańczyć w deszczu.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Sebastian Barry, „Po stronie Kanaanu”, wyd. Albatros, Warszawa, 2015 r.
Komentarze