„Podróż Cilki” – recenzja

Recenzja książki „Podróż Cilki”.
Siarczysty policzek wymierzony ofiarom łagrów.

„Tatuażysta z Auschwitz” autorstwa Heather Morris stał się absolutnym bestsellerem na całym świecie; w samej Polsce sprzedano prawie pół miliona egzemplarzy tej powieści. Mam wrażenie, że od czasu premiery tej książki zaczął się swego rodzaju „wysyp” wątpliwej jakości powieści z „Auschwitz” w tytule. Sama również przeczytałam „Tatuażystę” i po skończonej lekturze określiłam ją dwoma słowami – lekka i przyjemna. Jak niezobowiązujący romans. Jak czytadło do kawy. I to właśnie mnie przeraziło.

Zarówno podczas studiów polonistycznych, jak i w czasie nauczycielskiej oraz dziennikarskiej „kariery” przeczytałam sporo książek o tematyce obozowej. Wynikało to z programu moich studiów, z chęci prowadzenia wartościowych rozmów z moimi wychowankami, a także z osobistych zainteresowań tą tematyką. Powiedzieć o niektórych z tych książek, że mną wstrząsnęły, to jak nic nie powiedzieć. Płacz podczas lektury był czymś bardzo naturalnym. Zazwyczaj podczas czytania miałam też inne „symptomy” – nie mogłam jeść, gdyż miałam odruch wymiotny; robiłam się czerwona i drżałam, bo moja fizyczność nie umiała unieść ciężaru obrazów pojawiających się w mojej wyobraźni, a także potrafiłam całą lekturę przytulać się do mojego męża, mamy czy przyjaciółki i czytać spomiędzy palców (tak jakby papier mógł wyrządzić mi krzywdę). Zdarzało mi się nawet, że zaczynałam się modlić, dziękując Bogu, że przyszło mi żyć w innych czasach; że nie muszę przeżywać tego, co tamci ludzie. Nie wierzycie mi? Uważacie, że przesadzam? Przeczytajcie takie pozycje jak: „Dymy nad Birkenau”, „Przeżyłam Oświęcim”, „Nadzieja umiera ostatnia” czy „Dom Lalek”, a sami się przekonacie. Dzięki takim właśnie książkom ktoś taki jak ja – totalny laik, urodzony w postkomunistycznych czasach, uczący się o tym trudnym kawałku historii tylko z lekcji, książek, relacji świadków – może doświadczyć chociaż krzty tamtych straszliwych wydarzeń (mam nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt bezczelnie). Dlatego też, kiedy w moje ręce wpada jakaś pozycja o tematyce obozowej, bardzo sceptycznie do niej podchodzę, gdyż uważam, że są tematy, których spłycanie jest czymś niedopuszczalnym; a nawet więcej – jest czynem o wyjątkowej szkodliwości społecznej. Takie też miałam przemyślenia w związku z „Tatuażystą z Auschwitz” , gdzie obóz koncentracyjny – grób miliona naszych rodaków – został przedstawiony jako tło ckliwej historii miłosnej. Warto też dodać, że powieść ta została zmiażdżona przez historyków, którzy zarzucili jej szereg przekłamań oraz tworzenie historyjek, które nie miały prawa się wydarzyć.

Dlaczego zatem sięgnęłam po „Podróż Cilki”? Byłam po prostu ciekawa, czy Heather Morris odrobiła pracę domową z tematyki obozowej; czy wyniosła jakąś lekcję z poprzedniej powieści. Niestety, kontrast pomiędzy dostępną wiedzą o łagrach, a tym, co opisała autorka, jest nie do pokonania. Czytając „Podróż Cilki” miałam wrażenie, że to jakaś powieść z pogranicza fantastyki i dobrej przygodówki. Uwierzcie mi - mimo niezwykle ciężkiej tematyki - powieść jest lekka i czyta się ją szybko i przyjemnie. Jest sielsko i anielsko. Życie w Workucie wcale nie wydaje się takie straszne – jest strażniczka, ale zawsze można ją przekupić; Cilce udaje się uniknąć pracy w kopalni na wskutek kilku zbiegów okoliczności, a gwałcący ją mężczyzna zakochuje się w niej i okazuje się nie być aż takim złym człowiekiem. Ponadto kobiety szyją ubranka dla dziecka jednej z więźniarek, stroją pokoik serwetkami, gotują wodę w czajniczku… Nie ma powolnego umierania z głodu. Nie ma kopania, poniewierania, znęcania. Nie ma obłędu doprowadzającego na skraj rozpaczy. Nie ma beznadziei. Jest za to znów mnóstwo przekłamań i, jak się okazało, zhańbienie postaci będącej pierwowzorem Cilki, którą Morris ukazała jako seksualną niewolnicę dwóch SS – manów. Nadużycia autorki ujawnił George Kovach, syn Cecilii Kovachovej, który na łamach Daily Mail napisał, że „[Cilka] nie była niewolnicą seksualną i nie zrobiła żadnej rzeczy napisanej przez Morris. Ale jej wydawcy nie mieli nawet dość przyzwoitości, aby odpowiedzieć na moje listy”. Z powodu zignorowania próśb o sprostowanie kłamstw, Kovach zapowiada, że złoży pozew w tej sprawie.

Szczerze? Mierzi mnie pisanie o tematyce obozowej i łagrowej jak o dobrej herbatce u sąsiadki; irytują niedociągnięcia, ale tak haniebne przekłamanie jest dla mnie nie do przyjęcia. Mam wielką i szczerą nadzieję, że w tej sprawie zapadnie wyjątkowo surowy wyrok, a wydawca i pani Morris dostaną taki finansowy łomot, że odechce im się zbijania pieniędzy na ludzkiej tragedii.

„Podróż Cilki” to niezwykle szkodliwa książka, którą można zaliczyć do pseudo - obozowej literatury, upowszechniającej nieprawdę i lekceważącej bolesny i trudny temat jakim było życie w łagrze. Chcecie dowiedzieć się jak było naprawdę? Przeczytajcie „Archipelag Gułag”, czy „Inny Świat” Gustawa Herlinga – Grudzińskiego. Ale od „Podróży Cilki” trzymajcie się z daleka. Ta powieść, jak napisałam na samym początku, to siarczysty policzek wymierzony ofiarom łagrów.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Heather Morris, „Podróż Cilki”, Marginesy, Warszawa, 2020.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat