"Człowiek poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc." Czy słowa te nie wyglądają znajomo? Ludzie mają to do siebie, że zastanawiając się nad swoim życiem, robią to najczęściej, w kategoriach życzeniowych. „Muszę się dorobić”, „Gdybym miała te pieniądze…”, „Chciałabym kupić tę sukienkę z najnowszej kolekcji”, „Dzieci później - najpierw studia i mieszkanie” itd. Mam wrażenie, że jako ludzie, jesteśmy nieustannie niezadowoleni z siebie i z tego, co mamy. Bo ciągle nie mamy albo mamy za mało; ciągle nam coś nie pasuje; a życie nie spełnia naszych oczekiwań. Tak rzadko myślimy o życiu jako cennym darze; tak rzadko dziękujemy za to, że mamy zdrowie, że mamy śliczne dzieci, że mamy pracę. Wszystko wydaje się nam tak oczywiste. Przecież dostaliśmy to za darmo, z automatu.
A co byś zrobił, drogi czytelniku, gdybyś umarł i zmartwychwstał? Gdyby jakiś chichot losu sprawił, że w ostatniej chwili udałoby Ci się wyrwać ze szponów śmierci? Potrafiłbyś doceniać każdy dzień, czy nadal siedziałbyś i narzekał?
Charles James, cwaniaczek jakich mało, który dorobił się na złodziejstwach i kłamstwach, oszukał przeznaczenie. Miał wsiąść do samolotu, który niedługo po starcie rozbił się w drobny mak. Pech (a może szczęście?) chciał, że wszyscy byli przekonani co do jego obecności na pokładzie. Kiedy James zobaczył w prasie swój nekrolog, postanowił wybrać się na własny pogrzeb. Snuł marzenia o powrocie w chwale. Wyobrażał sobie, że odrodzi się niczym feniks z popiołów; że wyłoni się spośród tysięcy żałobników i dumnie stanie na mównicy, oznajmiając wszem i wobec, że żyje. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy przybył na uroczystość i zobaczył, że żegnają go… 3 osoby. Charles James zrozumiał, że mimo tego iż mieszkał w tysiącach najlepszych hoteli na świecie, nie był w stanie zamieszkać na stałe nawet w jednym sercu…
Mężczyzna podejmuje się pieszej wędrówki po Route 66, aby na jej końcu spotkać się z byłą żoną, Monicą. Wyprawa jest dla mężczyzny oczyszczeniem – podczas niej spotyka się z dobrem i złem; doświadcza skrajnej biedy i poniżenia, ale też zwykłych, ludzkich gestów. Podróż okazuje się być dla bohatera wyzwoleniem i pozwala mu stać się naprawdę wolnym.
„Podróż tysiąca mil” jest kontynuacją powieści „Sprzedawcy marzeń” i podobnie jak poprzednia – wciąga bez reszty. Richard Paul Evans niejednokrotnie oczarował mnie swoim lekkim i prostym językiem, oddającym zarazem całą paletę ludzkich emocji. Prowokuje oraz skłania do przemyśleń w niezwykle delikatny, wysublimowany sposób.
Książkę polecam z całego serca. Zaopatrzcie się w ulubiony napój, hamak, relaksującą muzykę i razem z Richardem Paulem Evansem wyruszcie we własną podróż tysiąca mil.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Richard Paul Evans, „Podróż tysiąca mil”, Znak, Kraków, 2019 r.
Komentarze