„Gra o tron” to seria, dzięki której Martin zyskał międzynarodową sławę i o której mówić nie trzeba. Raczej nie ma człowieka, któremu choćby sam tytuł nie obił się o uszy. Seria „Dzikie karty” jest mniej znana, jednak ciężko mi ją oceniać, gdyż czytałam ją bardzo wybiórczo. Uważam, że niektóre rozwiązania fabularne są w tej serii bardzo pomysłowe, aczkolwiek nie brak tu, w moim mniemaniu, dziur, dziwnych konstruktów i niepasujących do całości wątków. Warto dodać, że seria „Dzikie karty” nie wyszła tylko spod pióra Martina. Seria jest pisana przez różnych autorów m.in. Rogera Zelaznego, Edwarda Bryanta czy Johna Jos Millera, którym Martin patronował i wspierał swoim nazwiskiem.
Mogłoby się wydawać, że dziesięć tomów to szmat książek, ale niektóre serie są dużo dłuższe i mimo to mają grono wiernych fanów. Seria „Dzikie karty” razem z recenzowanym przeze mnie „Podwójnym pasjansem” liczy 10 tomów, ale… tylko w Polsce. Za granicą ukazał się niedawno 29 tom tej serii, a na 2022 zapowiadany jest kolejny. Czyżby brała udział w walce o rekordy długości?
Fanką fantastyki jestem średnią. Owszem, są autorzy, których bardzo lubię i serie, w których zaczytywałam się niekiedy do białego rana, jednak jeśli mam być szczera, mam wrażenie, że współczesna fantastyka klepie straszną biedę. Jest kilku wyróżniających się autorów, ale generalnie gatunek ten tonie w morzu zwyrodnialstwa i brutalności oprawionego ostrym seksem bez jakichkolwiek zahamowań. Za każdym razem, gdy biorę jakąś książkę z tego gatunku, nawet bardzo polecaną, czuję ogromne rozczarowanie. Mimo to „Podwójnemu pasjansowi” postanowiłam dać szansę.
„Dzikich kart” nie przeczytałam w całości. Kilka tomów zaczęłam i nie skończyłam, kilka doczytałam do końca, ale nigdy w kolejności ukazywania się. Ostatni – „Tasowanie w Dżokerowie” – wydany na początku stycznia 2020 porzuciłam mniej więcej w połowie, kiedy niektóre sceny zaczęły po prostu godzić w moje poczucie estetyki. Do tej pory do niego nie wróciłam. Bałam się, że „Podwójny pasjans” powieli historię poprzedniego tomu, więc już na samym początku żywiłam do niego dość ambiwalentne uczucia.
Jeśli chodzi o fabułę to cóż, raczej na tym etapie serii ciężko jest opisać coś bez spoilerowania, ale „Podwójny pasjans” totalnie nie wpasował się w moje gusta. Miejscami zastanawiałam się, czy aby na pewno czytam serię z gatunku fantastyki. Oczywiście musiał być gwałt (jakżeby inaczej!), ale oprócz tego mnóstwo tu rozpisywania się o bólu, cierpieniu, chociaż muszę docenić dynamizm akcji, w której ciągle się coś dzieje. Fantastycznie została przybliżona struktura społeczna mieszkańców Takis, a sama książka skupia w sobie niczym w soczewce problemy, z jakimi mierzą się ludzie zamieszkujący duże skupiska. Poza tym znajdziemy tu pościgi, quasi – superbohaterów i dramatyczne zwroty akcji (w moim mniemaniu zbyt dramatyczne), czyli nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby czytelnika zaskoczyć. Ja tym przeładowaniem byłam wręcz zmęczona.
„Podwójny pasjans” nie kupił mnie wcale, mimo że sygnowany jest nazwiskiem Martina. Niby w tej powieści jest wszystko, co trzeba, aby nadać jej rozpędu, ale trzeba uważać, aby w tej gonitwie nie runąć w ścianę o nazwie „gdzieś już to było… a wszędzie!”. Dodam, że przed lekturą warto zaznajomić się z poprzednimi tomami, bo można się nie odnaleźć w wykreowanym w książce świecie. Powieść zapewne spodoba się fanom serii, a innym – zapewne niekoniecznie, ale nie mnie to oceniać. Sami spróbujcie!
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
G. R. R. Martin, Melinda M. Snodgrass, „Podwójny pasjans”, Zysk i S-ka, Poznań, 2021
Komentarze