Moje pierwsze spotkanie z „Dziedzictwem rodu Poldarków” miało miejsce dokładnie rok temu. Uwielbiam sagi rodzinne osadzone w dalekiej historii, której nie dane mi było doświadczyć, dlatego od samego początku czułam, że przy tej przepadnę z kretesem. I tak się stało. Po przeczytaniu pierwszego tomu o „Rossie Poldarku”, natychmiast zaczęłam myszkować po różnych księgarniach, aby sprawdzić, czy w którejś dostępny jest już kolejny tom. Mogę pokusić się wręcz o stwierdzenie, że od tamtego czasu mój książkowy rytm życia wyznaczają kolejne części sagi o Poldarkach, pomiędzy którymi znajduje się reszta bardziej lub mniej wartościowych książek, które czytam nieustannie.
Czarny księżyc… jest złowieszczy, wróży nadchodzące zło. Pod nim właśnie narodził się Valentine – syn Elizabeth i Georga. Nowe małżeństwo dawnej ukochanej Rossa i przyjście na świat ich dziecka pogłębia konflikt i wzajemną niechęć Poldarków i Warlegganów. Czara goryczy zostaje przelana, kiedy stryjeczna siostra Elizabeth – Morwenna zakochuje się w prostym bracie Demelzy – Drake’u. Wtedy rywalizacja dawnych wrogów wybucha ze zdwojoną siłą.
Z kolei interesy Rossa idą coraz lepiej, a jego rodzina również się powiększa, gdyż Demelza zachodzi w ciążę i rodzi piękną córeczkę – Clowance. Jednak to nie wszystko! Autor nie zapomniał też o bohaterach drugoplanowych. Znana czytelnikom serii ognista i stanowcza Caroline Penwen przeżywa rozterki związane z zaginięciem swojego narzeczonego Dwighta, dlatego też prosi Rossa o pomoc w jego odnalezieniu. Stary pijak Jud i jego żona Prudie nadal obrzucają się siarczystymi przekleństwami, służąca Jane Gimlet nadal nie umie piec chleba, a bankier Pascoe z powodzeniem prowadzi swój biznes.
To, co robi Winston Graham jest niesamowite. Z jednej strony, w każdej części dzieje się coś nowego i wciągającego, a z drugiej strony w każdej z nich znajdziemy coś stałego i bardzo dobrze znanego. Częstokroć odnoszę wrażenie, że Poldarkowie są moją rodziną, kimś bardzo bliskim.
W tych powieściach można znaleźć wszystko to, czego w dzisiejszym świecie jest jak na lekarstwo: wierność swoim zasadom, wierność małżeńską, zaufanie, spokój, dom pachnący chlebem. Czasem chciałabym wziąć to, co mam pod ręką i wyprowadzić się z koszmarnego miasta, w którym mieszkam na jakąś odległą prowincję. A czytanie „Dziedzictwa rodu Poldarków” tą chęć wzmaga. Kto wie, może gdy skończę już czytać całą sagę, zdobędę się na tak radykalny krok? Po prostu tęsknię za takim życiem, jakie mieli Ross i Demelza, chociaż i ono nie było usłane różami.
Gorąco polecam wszystkim miłośnikom sagi przeczytanie „Czarnego księżyca”. Tym zaś, którzy chcieliby zacząć swoja literacką podróż z tą serią, zachęcam do sięgnięcia po pierwszy tom.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Winston Graham, „Poldark. Czarny księżyc.”, wyd. Czarna Owca, Warszawa, 2017 r.
Komentarze