Susane Colasanti jest znaną w Stanach Zjednoczonych autorką, która podbija rynek książkowy dla nastolatek. Zanim została pisarką pełną parą, uczyła przez wiele lat młodzież w wieku licealnym. Zastanawiam się jak to możliwe, że doświadczony pedagog ma tak mdłe pojęcie o problemach ludzi przekraczających próg dorosłości… Po przeczytaniu tej książki wiem, że będę trzymała się od niej z daleka i zdecydowanie nie będę polecać jej swoim uczniom.
Książka podejmuje niezwykle istotny temat, jakim jest pierwsza miłość, co można zaliczyć do jej niewątpliwych atutów. To bardzo ważne przeżycie dla każdej osoby, która wkracza w wiek dojrzewania. Każdy z nas pamięta imię swojej pierwszej miłości oraz pełną gamę emocji towarzyszących temu uczuciu – od zazdrości do ogromnej euforii.
Miłość opisana w książce nosi wszelkie znamiona zakazanego owocu. Lani – główna bohaterka książki od lat przyjaźni się z Erin. Wspólny los dziewcząt przypieczętował wypadek, z którego cudem ocalały kilka lat wcześniej. Od tamtych pamiętnych i traumatycznych chwil, przyjaciółki spędzają razem każdą chwilę. Sytuacja zmienia się, kiedy Lani poznaje Jasona. Dziewczyna ma wrażenie, że są bratnimi duszami, które wreszcie się odnalazły… Mają wspólne zainteresowania i podobnie patrzą na świat. Niestety, mimo że Lani coraz częściej spotyka się z Jasonem, coraz częściej musi tłamsić w sobie wszystkie uczucia, gdyż ten jest chłopakiem Erin… Lani zostaje postawiona między młotem a kowadłem. Co wybierze dziewczyna – prawdziwą miłość czy lojalność wobec przyjaciółki?
Mimo swojej wielkiej sympatii do tego typu tematyki, uważam, że powieść jest infantylna i nudna. Czytając ją, miałam wrażenie, że autorka nie zna takiego pojęcia jak akcja. Miejscami książka wręcz irytowała mnie. Miałam wrażenie, że czytam kartki z pamiętnika żeńskiej wersji Wertera. Dziewczyna całe dnie albo użala się nad swoim losem, albo rozważa co może, a czego nie może zrobić będąc w tak fatalnym położeniu. Wiele do życzenia pozostawiają również dialogi napisane ni to slangiem, ni to językiem poezji, które w większości są rozmówkami o niczym. Całość nie zapiera tchu w piersiach i nie wzbudza w czytelniku ekscytacji pod tytułem: „co będzie dalej”. Książka jest przesłodzona, brakuje jej rozmachu.
Nie sądzę, żeby powieść spodobała się dziewczętom, które poszukują w literaturze remedium na swoje problemy, wybornej rozrywki czy chociażby dreszczu emocji.
Jeśli chodzi o mnie, to „Przeznaczenie puka do drzwi”… a ja uciekam od tej siermiężnej lektury oknem!
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Susane Colasanti, „Przeznaczenie puka do drzwi”, wyd. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa, 2015 r.
Komentarze