Robin Williams. Przed oczami staje mi scena, w której aktor grający Johna Keatinga ubrany w długi, brązowy płaszcz, z wysłużoną walizką w ręce opuszcza klasę, kiedy nagle jego uczniowie w geście solidarności z wyrzuconym nauczycielem wchodzą na ławki mówiąc: „O kapitanie, mój kapitanie”. Film – „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” – bo o nim mowa, stał się przełomem w karierze Robina Williamsa, a rola Keatinga – tą, z którą chyba każdy z nas najbardziej kojarzy aktora.
Kim był? Wielkim miłośnikiem kawy i kolekcjonerem żołnierzyków. Kobieciarzem i łowcą. Genialnym improwizatorem oraz kabareciarzem pełną parą. Aktorem, którego pokochały miliony. Chodzącym oksymoronem. „Miał dwie osobowości: raz był scenicznym gigantem, a po chwili wydawał się cichy i skrępowany. Jego charyzma brała się właśnie z nieustannej walki między tymi dwiema siłami”.
Karierę, a właściwie historię aktora, rozpoczynają występy komediowe. Jego poczucie humoru, które towarzyszyło mu od lat dziecinnych miało swój początek w ogromnym osamotnieniu. Robin – synek bogatych rodziców – był przez nich nagminnie ignorowany. Zapracowany ojciec chciał dla niego innej kariery aniżeli aktorska, z kolei matka – wrażliwa i piękna – była nieustannie zajęta organizowaniem przyjęć dla prominentów związanych z firmą męża. Robin, zdany sam na swoje towarzystwo, tworzył wyimaginowane postacie, z którymi rozmawiał różnymi głosami. I tak dzięki swojej błyskotliwości oraz talentowi strych domu z przedmieścia Detroit zamienił na największe stand – upowe sceny w kraju. Pojawiał się nie wiadomo skąd, robił furorę na oczach publiczności i sprawiał, że nawet najwięksi ponuracy po jego występie wyżynali koszulki mokre od potu i łez. Na tym właśnie polegał jego fenomen.
Obok osobowości, którą prezentował na scenie, Williams miał też drugą – mniej przyjemną. Notorycznie zdradzał żonę, nadużywał alkoholu i narkotyków, w szczególności kokainy. Dla tamtego środowiska używki były „środkami za pomocą których świętowano sukces i przedłużano wyrafinowaną rozkosz płynącą z występu”. Miał też skłonności do popadania w depresję, a u schyłku swojego życia – zanim jeszcze popełnił samobójstwo – tracił władzę nad ciałem i umysłem. Jak się okazało, aktor cierpiał na otępienie z ciałami Lewy’ego, nie na chorobę Parkinsona, którą początkowo u niego diagnozowano.
Autor biografii, Dave Itzkoff, reporter The New York Times, wystawił Williamsowi prawdziwe exegi monumentum liczące, bagatela, ponad 600 stron. Sam Itzkoff osobiście znał aktora i przeprowadził z nim kilka rozmów, jednak jak sam stwierdził – nigdy tak naprawdę nie poznał go do końca – ani on, ani nikt inny.
Jednak czy nam, fanom jego aktorskiego kunsztu, w jakikolwiek sposób to przeszkadza? Absolutnie nie. „Miliony ludzi kochały go za wielkoduszność, refleks i zaraźliwy optymizm […] a kiedy odszedł, wszyscy żałowali, że nie został jeszcze przez chwilę”.
Rewelacyjna i poruszająca biografia nie tylko wyjątkowego artysty, ale człowieka z krwi i kości skrywającego swoje słabostki i cierpienia za maską żartownisia, któremu w życiu zawodowym poszczęściło się po prostu bardziej. Gorąco polecam!
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Dave Itzkoff, „Robin”, Agora, Warszawa, 2018 r.
Komentarze