Kiedy zerknęłam na krwistoczerwono – czarną okładkę „Satyriconu”, pomyślałam: „To będzie mocna pozycja”. W mojej wyobraźni zaczął się istny kocioł podsycany przez opis. Zmysłowa, namiętna, pena emocji i perwersji o jakich się ludziom nie śniło – to skojarzenia, które pojawiały się i znikały na firmamencie moich myśli. Miałam nadzieję, że „Satyricon” okaże się dobrym, a zarazem wyważonym erotykiem, którego napisanie w dzisiejszych czasach jest niesłychanie trudnym zadaniem. Bardzo łatwo bowiem można zrobić z niego literackie porno a’la Grey lub, co gorsza, a’la „365 dni”, gdzie „on zawsze jest gotowy”, „ona rozpada się na tysiące kawałków”; gdzie jego ciało rzeźbione jest przez Boga tylko członek przez szatana i gdzie stosunek seksualny opisany jest za pomocą tak wielu kombinacji wulgaryzmów, że najbardziej wytrawni znawcy łaciny podwórkowej czują się co najmniej zażenowani. Z drugiej zaś strony można wpaść w pułapkę zbytniej rachityczności i stworzyć coś na kształt „Pamiętników Fanny Hill” , które być może w XVIII wywoływały oburzenie, ale dziś, co najwyżej, lekki uśmieszek zażenowania. Czy powieść Gertrud Hellbrandt spełniła pokładane w niej nadzieje?
I tak, i nie. Może zacznę od swojego błędu, czyli od klasyki zwanej „oceną książki po okładce”. Byłam przekonana, że „Satyricon” jest powieścią erotyczną i na taką się nastawiłam. Po przeczytaniu jej uważam, że książka Hellbrandt jest raczej dramatem psychologicznym ze sporą domieszką erotyki aniżeli erotykiem czy thrillerem. Być może to nastawienie sprawiło, że poczułam lekki zawód.
Główną bohaterką powieści jest Olivia – czterdziestolatka po rozwodzie - i to z jej perspektywy zostaje przedstawiona cała historia. W momencie, kiedy ją poznajemy, udaje się na czterdzieste urodziny koleżanki ze studiów, Renee. Wtedy też Olivia wraca pamięcią do czasów studenckich, kiedy to poznaje ekscentryczne rodzeństwo Bodinów i wraz z nimi zakłada grupkę – Satyricon – w której alkohol oraz rozmowy o sztuce, seksualności i erotyce w szerokim tego słowa znaczeniu są na porządku dziennym. Z czasem Olivia zaczyna pogłębiać swoją znajomość z Rufusem oraz odkrywać coraz bardziej lubieżne strony swojej osobowości… Czy po piętnastu latach kobieta będzie w stanie stanąć ze swoim dawnym kochankiem twarzą w twarz? Czy cokolwiek ich jeszcze łączy? Czy dawne pragnienia powrócą?
„Satyricon” to z pewnością książka nieszablonowa, nietypowa i zaskakująca. Z każdej strony emanuje niepokój, który udziela się czytelnikowi właściwie cały czas. Autorka naprawdę potrafi zaciekawić oraz – co jest dużo trudniejsze – tę ciekawość nieustannie podsycać i utrzymać aż do końca. Autorka mnóstwo miejsca poświęciła seksualności. W ogóle cała historia przedstawiona w „Satyriconie” pokazuje, do jak wielu tragedii może ona doprowadzić, gdy wymknie się spod kontroli.
„Satyricon” to opowieść o przekraczaniu własnych granic; o drzemiących w człowieku perwersjach, które na co dzień skrywa w najgłębszych zakamarkach swojej duszy i wreszcie – to studium ludzkiej namiętności. Namiętności, która może bardzo szybko przejąć stery nad naszym życiem.
Na końcu chciałabym odpowiedzieć na pytanie postawione sobie na początku tej recenzji. „Satyricon” spełnił moje nadzieje na dobrą lekturę. Otrzymałam to, czego chciałam - świetną, choć nieco kontrowersyjną historię z wyrazistymi bohaterami. Zabrakło mi tak naprawdę kilku bardziej rozbudowanych scen erotycznych. One oczywiście są w powieści obecne, ale jakby za mgłą; na drugim planie. Uważam, że więcej pikanterii tylko podkręciłoby i tak gorącą atmosferę, budząc w wielu czytelniczkach uśpione dotąd dzikie zwierzęta (od razu dodam – nie leniwce i nie pandy).
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Gertrud Hellbrandt, „Satyricon”, Marginesy, Warszawa, 2020.
Komentarze