Po przeczytaniu powieści Åsy Hellberg, stwierdziłam, że największym atutem tej książki jest jej grzbiet i okładka. Co prawda nie wniosła ona nic do mojego życia, ale za to ozdobiła moją półkę, na której pieczołowicie przechowuję swoje literackie zdobycze.
„Sekret Sonji” to książka, z której wieje pustką. Zanim wzięłam ją do rąk, zdążyłam przeczytać, że jest ona kontynuacją „Ostatniej woli Sonji”, która podbiła czytelnicze rynki na całym świecie. Na początku zmartwiłam się, że nie znam losów głównych bohaterek i z tego też powodu ciężko będzie mi odnaleźć sens tej powieści, która zapewne została połączona z poprzednią jakąś tajemniczą pępowiną… Jednak po przeczytaniu zaledwie połowy stwierdziłam, że nie mam czego żałować i nie muszę się martwić o jakiekolwiek przesłanie, bo w tej powieści go po prostu nie ma.
Książka opowiada o życiu trzech przyjaciółek, których imiona kojarzą się z harlequinami albo brazylijskimi serialami. Rebecka, Maggan i Susanne to trzy multimilionerki, które otrzymały w spadku po swojej zmarłej przyjaciółce – tytułowej Sonji – mnóstwo pieniędzy. Kobiety za wszelką cenę chcą uświetnić swoją kompankę, dlatego też jej imieniem nazwały i restaurację, i hotel, i dom na Majorce. Ponieważ interes szedł jak z płatka, a bogate kobiety miały swoich ludzi, którymi chętnie się wysługiwały, dlatego miały czas na oddawanie się błogim rozrywkom. Seks z przygodnymi mężczyznami, picie drinków na leżaczku i rozmowy o tym co zjadły lub co zamierzają zjeść – to ulubione zajęcia przyjaciółek.
Oczywiście jak na kobiecą powieść przystało, nie zabrakło momentów niezwykle dramatycznych. Punktem kulminacyjnym nakładających się na siebie dramatów jest rak jednej z przyjaciółek. Temat tej choroby był i jest nadal aktualny, jednak wprowadzenie tego wątku oraz dialogi prowadzone przez bohaterki tak spłaszczyły cały problem, że miałam wrażenie, że rozmawiają o przypalonej jajecznicy ze śniadania. I tak było za każdym razem. Kiedy cała, dość nudna akcja, zaczynała się nieco rozkręcać… przychodziły te felerne teksty, po których nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać.
W książce położona została również erotyka. Można na wiele sposobów pisać o miłości i seksie w taki sposób, żeby rozbudzić w kobietach zaciekawienie i spowodować delikatne zaczerwienienie na twarzy. Tu miłosne dzieje bohaterek sprowadzone zostały do poziomu bezpruderyjnego porno z niskiej półki. Podczas czytania zaśmiewałam się do rozpuku. Szczególnie rozbawił mnie moment, kiedy jedna z drugoplanowych bohaterek o dziwnym imieniu Kicki podczas miłosnych uniesień kicnęła nad swoim partnerem, a potem kompulsywnie się w nim poruszała. Na podobne opisy natknęłam się kiedyś w książce o rozmnażaniu królików. Katastrofa.
Z krótkiego biogramu Åsy Hellberg wynika, że dla literatury porzuciła intratną posadę terapeutki i wykładowczyni. Cóż. Gdybym ją spotkała, to zapewne wzięłabym ją za rękę, spojrzała głęboko w oczy i po krótkim acz rzewnym westchnieniu, powiedziała: „Dość. Kobieto, wróć do swojego dawnego zajęcia i nie uwłaczaj swoimi powieściami mojej inteligencji”.
Gdybym stworzyła listę najgorszych książek, które przeczytałam w swoim życiu, ta z pewnością znalazłaby się w czołówce. Z tego też powodu nie polecam jej nikomu.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Åsa Hellberg, „Sekret Sonji”, wyd. Czwarta Strona, Poznań, 2015 r.
Komentarze