Myślę, że zarówno starsi jak i młodsi, bez trudu rozpoznają parafrazę popularnej niegdyś piosenki Janusza Laskowskiego. Gdyby artysta napisał ten utwór dziś, pomyślałabym, że w ten niezwykle uroczy sposób pragnie oddać hołd kunsztowi literackiemu Lucindy Riley i wydawnictwu Albatros za to, że rozpowszechnia jej książki o siedmiu siostrach na polskim rynku.
Tym razem autorka zabiera nas, czytelników, do skutej mrozem Szkocji i dla kontrastu – do słonecznej Espanii, gdzie przy dźwiękach flamenco trwa niekończąca się fiesta. Tak jak w poprzednich tomach – część wydarzeń toczy się w czasach współczesnych; część zaś – w przeszłości. Ta dwutorowość w prowadzeniu fabuły stała się znakiem rozpoznawczym Riley i - szczerze powiedziawszy – nie wyobrażam sobie, by autorka miała z tej formy zrezygnować. Uwielbiam ten „czasoprzestrzenny przeplataniec” i często łapię się na tym, że po zakończeniu części z przeszłości, gnam do przodu, byleby znów jak najszybciej zanurzyć się w dawnych czasach…
Kolejna, piąta już część sagi, przedstawia losy Tiggy (Tajgete), która rzeczywiście jest siostrą... z księżyca. Od ludzi woli zwierzęta, ze zgiełku miasta ucieka do leśnej głuszy i nieustannie wierzy w ludzką dobroć, bo, jak sama twierdzi, gdyby ludzie byli źli, to powybijaliby się nawzajem i ludzkość przestałaby istnieć. Poznajemy ją w momencie, kiedy otrzymuje pracę w posiadłości Kinnaird, którą ma zasiedlić dzikimi kotami, a w przyszłości – innymi gatunkami zwierząt. Okazuje się jednak, że szkockie odludzie kryje w sobie dużo więcej niespodzianek (i ludzi) niż można byłoby się spodziewać. Mieszka tam bowiem stary cygan, Chilly, który zna historię przodków Tajgete i przepowiada jej, że wkrótce znajdzie się w magicznym Sacramonte…
Historia Tiggy jest zdecydowanie najbardziej magiczna i baśniowa; zresztą nie bez powodu bohaterkę nazwano „brują”. Znajdziemy tu tajemne mikstury, przepowiednie, klątwy, ale też, ukochany przez wszystkich, wątek miłosny. Nie zabraknie również chwil pełnych napięcia oraz tych rozdzierających serce.
Lucinda Riley znów oddała nam do rąk niesamowitą, piękną powieść pokazującą siłę kobiecej determinacji w realizacji swoich marzeń i pasji. Po raz kolejny mogłam być świadkiem niesłychanych aktów odwagi i niełatwych decyzji, z którymi musiały zmierzyć się bohaterki historii. Co więcej – po przeczytaniu piątego tomu sagi – mam coraz bardziej mieszane uczucia odnośnie kolejnych bohaterek i samego Pa Salta. Czy on aby na pewno nie żyje? I czy ostatnia z sióstr, Merope, na pewno pozostała nieodnaleziona? Mam coraz więcej różnych wątpliwości i nie mogę się doczekać kolejnej części „Siedmiu Sióstr”. Fenomenu tych powieści nie sposób opisać, je po prostu samemu trzeba przeżyć. Polecam!
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Lucinda Riley, „Siedem Sióstr. Siostra Księżyca”, wyd. Albatros, Warszawa, 2019 r.
Komentarze