„Siostra Słońca” – recenzja

Recenzja książki „Siostra Słońca”.
Elektra. Elektryzująca. Enigmatyczna. Ewidentnie zagubiona.

Na wstępie swojej recenzji chciałabym zaznaczyć, że na ten przedostatni tom serii o Siedmiu Siostrach czekałam ponad rok! Ponad rok! Tyle nie czekałam nawet na oświadczyny mojego ówczesnego chłopaka, a obecnego męża. A teraz, cóż. Teraz znów zostałam z pustką w sercu, gdyż mój kolejny romans z wyobraźnią Lucindy Riley zakończył się szybciej niż zaczął. Wszakże wszystkie książki autorki to misternie utkane, wielowątkowe opowieści łączące historię z teraźniejszością.

„Siostra Słońca” przedstawia losy szóstej siostry, Elektry – moim zdaniem – najbardziej enigmatycznej  i wyobcowanej ze wszystkich sióstr. Do tej pory, czytając kolejne tomy sagi Lucindy Riley, miałam wrażenie, że wszystkie siostry stanowią jedność; wielką i wspierającą się rodzinę. Każda z nich miała oczywiście inny temperament, inne wspomnienia związane z Pa Saltem, inne wartości, za którymi podążała, ale każda z nich z miejsca wzbudzała moją sympatię – i eteryczna Star, i żywiołowa CeCe, i czarująca Tiggy. Elektra natomiast swoim kolczastym charakterem początkowo mnie od siebie odrzuciła, ale bardzo szybko przekonałam się, że w sumie ze wszystkich sióstr to ona właśnie… jest najbardziej ludzka!

Elektra, mimo młodego wieku, osiągnęła najwięcej z córek Pa Salta. Pracuje jako modelka, chodzi po wybiegach na całym świecie, promuje najbardziej znane marki. Ma nietuzinkową urodę, idealną sylwetkę i jest posiadaczką najdłuższych nóg w całej galaktyce. Mogłoby się wydawać, że posiada wszystko – sławę, urodę, pieniądze, znajomych z pierwszych stron gazet. W rzeczywistości Elektra stacza się na dno. Mężczyzna, którego kochała, złamał jej serce i odszedł z inną. I chociaż całemu światu daje do zrozumienia jak bardzo jest jej to obojętne, swój smutek topi w alkoholu, narkotykach, przygodnym seksie. Nie chce pomocy od żadnej z sióstr; wszystkich, którzy chcą jej dobra, odtrąca. Na maskę twardzielki i pracoholiczki nakłada kolejne – maskę samodzielnej, maskę zobojętniałej, maskę rozrywkowej. W końcu sama się w tym wszystkim gubi i zmierza do miejsca, z którego, być może, nie ma już powrotu. Pewnego dnia Elektra spotyka się ze Stellą Jackson, która – jak twierdzi i Pa Salt, i ona sama – jest jej babką. To spotkanie okazuje się być przełomem w jej życiu...

Równolegle poznajemy losy Cecily Huntley – Morgan, która w momencie rozpoczęcia całej historii, podobnie jak Elektra, leczy złamane serce. Narzeczony, w którym kochała się od dzieciństwa, zerwał z nią zaręczyny i planuje ślub z inną arystokratką z nowojorskiej śmietanki. Cecily nie mogąc znieść takiego upokorzenia, ma ochotę zapaść się pod ziemię albo uciec gdzieś daleko. I wtedy z pomocą przychodzi jej matka chrzestna, która, o dziwo, spełnia jej życzenie i zabiera do… Kenii. To właśnie w Afryce, na tym czarnym, dzikim i odległym lądzie, Cecily odkrywa jak może wyglądać życie. Mnie po prostu urzekły opisy krajobrazów dzikiego lądu, turkusowo – purpurowego nieba o poranku, odgłosów dziewiczego lasu… I uświadomiłam sobie jak bardzo takie powieści są nam potrzebne w tym trudnym czasie pandemii. Mając za towarzyszy meble ze sklejki i cztery ściany z betonu chociaż w wyobraźni mogłam cieszyć się słońcem, przestrzenią, wolnością; oddychać wilgotnym powietrzem tego dzikiego kraju.

„Siostra słońca” jest chyba najbardziej egzotyczną książką z całej serii. Tyle tu sprzeczności, barw, odgłosów, różnych światów, a mimo to powieść nie jest chaotyczna, gdyż spina ją historia Cecily, do której według mnie należy ten tom (o dziwo nie do Elektry). Przeżywałam jej losy tak, jakby w tej całej historii chodziło o moją siostrę albo najlepszą przyjaciółkę. Zresztą, tej powieści nie da się nie przeżywać. Po prostu się nie da. Kto raz wsiąknie w ten świat, nie będzie w stanie sam z niego wyjść.

Warto dodać, że autorka w opisywanej przez siebie historii, „przy okazji” porusza bardzo ważne tematy m.in. temat uzależnień, rasizmu, tolerancji, walki o równość między ludźmi niezależnie od pochodzenia, wyznania czy zasobności portfela.

„Siostra słońca” to powieść, która z ogromną gracją mieści w sobie wszystko to, czego kobieta może szukać w literaturze. Mamy dwie piękne opowieści, miłość, odrobinę historii, nietuzinkowe bohaterki, ważne tematy, odległe kraje. Mamy nastrojowość, magię, feerię barw i paletę uczuć. Obyczajowość bez zbędnego moralizatorstwa. I refleksje, które zostaną z nami na długo.

Umieram z ciekawości, co znajdzie się w ostatnim tomie o zaginionej, siódmej siostrze. Jak autorka znajdzie rodzinną zgubę? Z którym kontynentem zwiąże jej losy? Z Antarktydą? Czy ona również otrzyma list? I wreszcie - jak zareagują na nią pozostałe siostry? Wiem jedno – już nie mogę się doczekać. Mam tylko nadzieję, że Lucinda Riley zmiłuje się nad swoimi czytelnikami i nie będzie kazała czekać im ponad rok…

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Lucinda Riley, „Siedem Sióstr. Siostra Słońca”, Albatros, Warszawa, 2020.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat