Z Diney Costeloe spotkałam się kolejny raz. Jej powieść „Uciekinierzy” zrobiła na mnie ogromne wrażenie, opustoszyła z emocji, pozostawiając po sobie ogromny ból i pustkę. I chociaż biorąc książkę do ręki, wiedziałam, że jest to literacka fikcja, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tak mogło być naprawdę.
Z tego też powodu ogromną żarliwością zabrałam się do lektury „Skazanych na poniewierkę” i nie zawiodłam się. Diney Costeloe po raz kolejny zapewniła mi ogromną dawkę emocji, łez i wzruszeń. Miałam wrażenie, że czytanie ponad sześciuset stron trwało zaledwie chwilę. Poruszająca. Wzruszająca. Wstrząsająca. Takie słowa cisnęły mi się na usta po jej przeczytaniu.
Mavis, wdowa po lotniku, który zginął podczas II wojny światowej, samotnie wychowuje dwie córki – pięcioletnią Rosie i dziewięcioletnią Ritę. Opuszczona przez wszystkich kobieta, przytłoczona szarą codziennością poznaje Jimmiego, w którym zakochuje się. Mężczyzna okazuje się być tyranem, który robi wszystko, aby pozbyć się córek Mavis. Gdy kobieta dowiaduje się, że jest w ciąży, zaczyna być coraz bardziej przerażona i wreszcie ulega presji partnera. Kilkunastoletnie dziewczynki zostają odesłane do sierocińca. Mavis nie ma jednak pojęcia, że sierociniec nie jest tymczasowym wyjściem; że nie będzie mogła odzyskać dziewczynek. Zagubione, osamotnione i zrozpaczone siostry nie potrafią jeszcze zrozumieć sytuacji, w której się znalazły. Jakby tego było mało, w placówce zapada wyrok, że grupa sierot ma zostać wysłana do Australii, a wśród nich znaleźć się mają Rita i Rosie…
Co dalej? Dalej można sobie tylko wyobrażać piekło, jakie musiały przejść te dzieci. Dzisiejsze sierocińce nie są przyjaznymi dla dzieci miejscami, a co dopiero te stworzone tuż po wojnie. Przepełnione, surowe, stworzone po to, by tresować. Całkowicie pozbawione miłości i współczucia. Wychowawcy – o ile tak można nazwać osoby, które przypadkowo tam się znalazły – wykorzystywali swoją pozycję, aby bezlitośnie móc znęcać się nad tymi najsłabszymi i najbardziej wrażliwymi. Rita i Rosie doznawały tak wielu upokorzeń, że kiedy czytałam, łzy lały mi się ciurkiem, a w gardle stawała wielka gula. Gdyby ktokolwiek tak potraktował moje dzieci, rozszarpałabym go na strzępy. Lecz cóż mogły począć samotne, małe, bezbronne dziewczynki, które w tym okrutnym świecie miały tylko siebie?
I właśnie w tej siostrzanej małej – wielkiej miłości kryje się potęga tej książki. To właśnie miłość pozwoliła przetrwać; to ona dawała nadzieję; była iskierką rozświetlającą świat przepełniony szarością i beznadzieją. Całą powieść mocno trzymałam kciuki za siostry i bardzo chciałam, aby ich trudny los odmienił się; aby odnalazły spokój, szczęście i dobro, na które zasługiwały jak nikt inny.
„Skazane na poniewierkę” to bardzo trudna książka; trudna w sensie emocjonalnym, ale i wyjątkowa. Myśląc o II wojnie światowej wyobrażamy sobie wielkie bitwy, strzelaniny, obozy, masowe egzekucje. Myśląc o wojnie od razu mimowolnie wkładamy ją w pewne ramy czasowe. Formalnie wojna rzeczywiście zakończyła się w 1945 roku, ale Costeloe swoją powieścią pokazała, że ona tak naprawdę trwała o wiele dłużej, a jej ofiarą padali ci najmniejsi; ci, którzy nie potrafili samotnie się bronić. Czasem największe tragedie najlepiej można zrozumieć w skali mikro. „Skazane na poniewierkę” to chyba najlepsza powieść, jaką w tym roku przeczytałam. Polecam serdecznie.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Diney Costeloe, „Skazane na poniewierkę”, Prószyński i S – ka, Warszawa, 2021
Komentarze