Śmierć i życie są ze sobą ściśle powiązane; właściwie nie istnieją bez siebie. Są jak dwaj baśniowi władcy, z których jeden jest panem światła, a drugi – ciemności. Śmierć interesuje i fascynuje ludzi właściwie od początku świata. Pisali o niej starożytni filozofowie (Seneka, Epikur); chrześcijanie; etycy; najwięksi myśliciele wszystkich epok, pisarze i poeci. Jej obecność przenika zarówno największe dzieła w dziejach świata, jak i współczesną kinematografię, literaturę, muzykę („Kiedy umrę kochanie, gdy się ze słońcem rozstanę…”) Zawsze, gdy myślę o motywie śmierci, od razu pojawiają mi się obrazy czterech jeźdźców Apokalipsy, wiersz Lechonia „Pytasz, co w moim życiu rzeczą główną” czy opis śmierci starego Boryny na własnej ziemi. Nie ukrywam, że sama się jej w jakiś sposób boję – chociaż może nie tyle śmierci, ile tego, że przyjdzie ona zbyt wcześnie; że nie zdążę się po prostu „nażyć”
„Śmierć jako własność prywatna” to zbiór tekstów Leszka Kołakowskiego, których – jak sama nazwa wskazuje – główny motyw stanowi śmierć. Same teksty ukazywały się m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego” czy „Twórczości”. W zbiorze są ułożone chronologicznie, dzięki czemu możemy śledzić drogę, którą zmierzał autor oraz obserwować, jak ewoluowały jego poglądy.
Kołakowski w swoich tekstach stara się znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, które, i my, zapewne często sobie stawiamy. Opowiada o tym, jak ją pojmowano kiedyś i dziś; stawia pytania o sens fizycznego cierpienia; snuje opowieść o śmierci Jana Chrzciciela; stara się nadać jej jakiś głębszy sens. Czytając kolejne teksty profesora miałam wrażenie, że im był starszy, tym w jego tekstach było więcej nadziei; zgody na to, co ma się stać. Czytelnik czuje, że autor szukał sensu i go znalazł; że dawny pesymizm i smutek z czasem gdzieś ulotniły się niczym powietrze spuszczane z balona.
Mimo że przeczytałam ten zbiór, nadal nie jestem w stanie jednoznacznie określić postawy autora. Czy był chrześcijaninem? Czy wierzył w Boga? A może bliżej mu do nihilisty? Mam wrażenie, że wiele ukrywał. Z jednej strony daje się poznać jako obrońca chrześcijaństwa, który widzi w nim głęboki sens. Z drugiej zaś wielokrotnie z nim polemizował, nie stroniąc od krytyki.
Nie przepadam za czytaniem filozoficznych dzieł, jednak Kołakowski jest jednym z tych autorów, dla którego robię wyjątek. W czasach, w których w szeroko pojętej publicystyce dominuje notatka prasowa lub jakaś inna krótka forma na kształt plotki, miło jest poczytać coś, co mile połechcze naszą duszę i najzwyklejsze zamiłowanie człowieka do poznawania czegoś nowego. Lekturę najlepiej czytać samemu, w spokoju, w jakimś zacisznym miejscu, aby móc zgłębić się w przemyśleniach zarówno swoich, jak i autora na temat przemijania i tego co – prędzej czy później – czeka każdego z nas.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Leszek Kołakowski, „Śmierć jako własność prywatna”, Znak, Kraków, 2021.
Komentarze