„Za każdym człowiekiem idzie jakaś historia i od niego zależy, co z nią uczyni”. Codziennie przemierzamy drogi – czasem kręte i kamieniste, innym razem proste, ale piaszczyste. Na strudzonych ramionach, niesiemy swój bagaż z przeszłością, który z każdym przeżytym dniem staje się coraz cięższy. Czasem los puści do nas oko i ześle życiodajny deszcz obmywające spalone od słońca twarze. I tak mija dzień za dniem, a nasza historia wydaje się być zbędnym balastem, który chcielibyśmy zostawić, zrzucić w przepaść. Ale czy zawsze tak jest? Czy możemy ją zaakceptować i spożytkować? Sprawić, by ułatwiła nam dalszą wędrówkę?
Z pewnością tak, a najlepszym tego przykładem są bohaterowie powieści Iwony Walczak. Mamy tu bowiem do czynienia z historią siódemki ludzi, o których mówi się, że „mają wszystko”, że „ich życie jest usłane różami”. Są dobrze usytuowani, wykształceni, wszystko osiągnęli swoją ciężką pracą, stać ich na przyjemności niedostępne szarym masom. A jednak… Każdy z bohaterów boryka się z ciężarem swojej historii i popełnionych przez siebie (lub nie) grzechów. Co więcej, do życia każdego z nich wkradła się samotność - okrutna i niewzruszona, której nie jest w stanie przepędzić ani wypity alkohol, ani kolejne romanse, ani wydawane pieniądze. Obok samotności umościła sobie miejsce rutyna. Powtarzane nieustannie schematy, zatracenie się w pracy i naiwna nadzieja, że „wszystko jakoś się samo naprawi” sprawiają, że wszyscy przyjeżdżają w to samo miejsce – do pensjonatu „Raj” u stóp Śnieżnika. Każdy z bohaterów jest inny, ale wszyscy mają jeden cel – odnaleźć spokój, nabrać dystansu i poukładać relacje, które tkwią gdzieś zwiędnięte niczym róże w zakurzonych wazonach codzienności.
Czas spędzony w tym malowniczym miejscu okazuje się być dla bohaterów czasem nieutraconym. Zaczynają na nowo przeżywać zapomniane emocje, odkrywać jak smakuje życie i uczą się jak czerpać radość z każdej chwili. Najważniejsze jest jednak to, że dzięki rozmowom i zwierzeniom, dotąd zamknięci w sobie ludzie otwierają się przed drugim człowiekiem. Musieli dojść aż tutaj, żeby zrozumieć, że „cesarz jest nagi”.
Czytając „Śniadanie na skale” bardzo szybko wsiąkłam w świat, który stworzyła autorka. Niczym duch przeniknęłam do życia jej bohaterów. Wyobrażałam sobie ich wygląd, sposób poruszania. Oczyma wyobraźni widziałam teczkę zostawianą w progu, resztkę niedojedzonego posiłku pozostawionego na talerzu, wymiętą pościel, w którą wsiąkła ciepła jeszcze łza. Cegiełka po cegiełce budowałam sobie w głowie ich historie. I przepadłam.
Pani Iwono! Jak mogła mi Pani to zrobić? Czuję się trochę jak Wokulski ciskający w kąt swoimi ukochanymi lekturami. „Ile razy ja to czytałem…” – stwierdza załamany bohater. Mi wystarczył raz, żeby uruchomić swój emocjonalny roller coaster.
Czasy, w których żyjemy są inne niż te, w których żyli nasi rodzice i dziadkowie. Świat pędzi, tempo pracy wzrasta, zmieniają się wartości. Śnimy o karierze i dobrobycie, staramy się sprostać życiowym zadaniom. Jednak wszyscy, od wieków marzymy o tym samym – o spokoju, czułości, miłości, odrobinie zrozumienia. Iwona Walczak pokazuje nam, że jest to możliwe. Krok po kroczku, bez pośpiechu pozwala na odkrycie własnej tożsamości. Naprawdę, gorąco polecam!
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Iwona Walczak, „Śniadanie na skale”, wyd. Replika, Zakrzewo, 2017 r.
Komentarze