„Song nauczycielki” – recenzja

Recenzja książki „Song nauczycielki”.
Przy tym songu nie podensisz…

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie tytuł, a dokładniej zawarte w nim słowo „nauczycielka”. Sama wykonuję ten piękny, aczkolwiek niewdzięczny momentami zawód i miałam nadzieję, że w lekturze odnajdę remedium na dręczące mnie problemy. Od dłuższego czasu rozważam odejście z zawodu, przekwalifikowanie się i przejście na pracę zdalną lub częściowo zdalną. Jednak z drugiej strony bardzo lubię szkolny gwar, swoich niesfornych uczniów oraz wymyślanie im ciekawych zadań na lekcje. Ten dysonans powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek decyzji jest dla mnie trudne i choć pomysłów mam mnóstwo, nie do końca wiem, w jakim kierunku powinnam iść.

Sam tytuł – „Song nauczycielki” – pozwalał mi snuć domysły, że być może przeczytam książkę o kobiecie, która stoi na rozdrożu życiowych decyzji i zadaje sobie hamletowskie pytanie o „być albo nie być”. Powieść wybrałam, kierując się impulsem, nie przeczytawszy wcześniej chociażby blurba. Cóż, żałuję.

„Song nauczycielki” to historia podstarzałej wykładowczyni teatru w Oslo, Lotte Bøk, która postanowiła wziąć udział w projekcie filmowym jednego ze studentów. Projekt ten miał polegać na ujawnieniu związków miedzy życiem prywatnym a zawodowym pracowników Wyższej Szkoły Sztuk. I chociaż kobieta nie miała się czego wstydzić, gdyż posiadała piękny dom, córkę, wnuki i wspaniałą karierę naukową, to projekt filmowy doprowadził ją na skraj załamania, a sam film skończył się chryją.

Powieść wynudziła mnie niemiłosiernie. Oczywiście ma ona swoją głębię i dość wyraziste oraz mądre przesłanie, lecz dla mnie to za mało, aby nazwać ją chociażby dobrą. Właściwie cały czas, na każdym kroku, towarzyszymy Lotte. Obserwujemy każdy jej ruch poprzez obiektyw kamery, a obserwacjom tym towarzyszą nachalne, natrętne myśli bohaterki. Rozmyśla ona nawet o tym, czy usprawiedliwić się rumuńskiej żebraczce z tego, że akurat danego dnia nie wrzuciła jej datku,  gdyż nie kupiła sobie sojowego latte i nie miała drobnych. Kiedy do jej domu miał przyjść student – autor projektu – Lotte zastanawiała się, czy jej dom spełni jego oczekiwania; czy może powinna schować dokumenty wskazujące na fakt, że wspiera jakieś towarzystwo ekologiczne. Aż chciałoby się wstawić w tym miejscu emotkę „ściany”, która istniała kiedyś na gadu – gadu. Myślę sobie, że gdybym tak o wszystkim rozmyślała i rozkładała na czynniki pierwsze każdy, nawet najmniejszy element swojego życia… nie miałabym czasu po prostu żyć. Nie umiałabym cieszyć się tym życiem.

„Song nauczycielki” nie spełnił moich oczekiwań. Powieść co prawda pokazuje, jak męczące bywa życie w pancerzu narzuconych sobie zasad, zachowywanie pozorów, kontrolowanie emocji oraz ciągłe udawanie. Szkoda tylko, że równie męczące jest czytanie tej lektury. Dodam też, że niemal jedną trzecią jej treści zajmują nawiązania do twórczości Bertolta Brechta, więc jeśli ktoś, podobnie jak ja, nie trawi tego artysty – ta książka również okaże się dla niego ciężkostrawna.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Vigdis Hjorth, „Song nauczycielki”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2020



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat