Milan Kundera jest dla mnie kimś w rodzaju literackiego autorytetu. Pamiętam, kiedy raz po raz sięgałam po takie pozycje jak „Nieznośna lekkość bytu” czy „Walc pożegnalny” i nie mogłam się nadziwić jak wielki potrafi być człowiek. Zachwycałam się narracyjnym kunsztem jego powieści, wzruszałam historiami fikcyjnych bohaterów tak, jakby były to moje własne przeżycia. Tamte powieści niosły za sobą przesłanie, głęboką afirmację życia, stawianie wartości ponad wszystko. Ceniłam go za jego błyskotliwość wyrażania myśli, za brak ciągnących się w nieskończoność opisów, za piękno i prostotę w przedstawianiu zarówno szarej codzienności jak i wielkich dramatów udręczonej jednostki.
Po przeczytaniu „Święta nieistotności” odetchnęłam z ulgą, że koszmar tej niespełna stustronicowej mini powieści mam już za sobą. Zastanawiam się czy ten stary, schorowany człowiek ma jeszcze coś wartościowego do powiedzenia swoim czytelnikom oprócz quasi – filozoficznego „ecie pecie”? Chyba nie.
Książka opowiada o perypetiach czwórki bohaterów, których mało istotne losy zbiegają się w najmniej istotnym momencie. Czytelnik już na samym początku zostaje wtłoczony w głupio - mądre rozważania na temat sensu życia. Alain wymyśla teorię pępka jako filozofii otwierającej nową epokę w dziejach ludzkości. Ramon dowiaduje się, że nie ma raka, ale mimo wszystko dalej brnie w kłamstwo ku uciesze swojej i swoich kolegów. Kaliban – niespełniony aktor, udaje się na bankiet podczas którego udaje Pakistańczyka i prowadzi dziwaczne rozmowy w wymyślonym przez siebie dialekcie. Ostatni z nich, Charles przechadza się tu i tam, zabawia towarzyszy historyjkami o Stalinie i czeka na przybycie wysłanników niebios.
Infantylni bohaterowie – „Sokratesi sedesu”, miałka akcja a właściwie jej brak i rozdmuchana teatralność sprawiły, że poczułam się bardzo zawiedziona. Być może jacyś wybitni teoretycy literatury znajdą w tej powieści mnóstwo nawiązań do dzieł starożytnych i symboliki oraz wyniosą na piedestał i okrzykną wyjątkową metaforą ludzkiej doli. Może i ta książka niesie za sobą jakieś wielkie znaczenie dla literatury w ogóle, ale dla mnie – zwykłego czytelnika – nie przyniosła nic poza rozczarowaniem.
Nigdy nie zostawiam starej miłości dla nowej, nawet gdyby ta stara była już pomarszczona, brzydka i nieatrakcyjna. Odważyłam się przeczytać jego najnowszą powieść, mimo, że już po przebrnięciu „Powolności” z 1995 roku, zaczynał kiełkować we mnie ogromny zawód i powątpiewanie w dalsze powołanie pisarza. Dlatego też postanowiłam, że zostanę przy starym, dobrym Kunderze, w którym zaczytywałam się w czasach studenckich, a nowego pozostawię na pastwę losu. Mam też szczerą nadzieję, że czytelnicy nie znający jego twórczości, nie zaczną przygody z nim od „Święta nieistotności”, ponieważ zrażą się na starcie, a wtedy ominie ich taka perła jak chociażby miłość Teresy i Tomasza…
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Milan Kundera, „Święto nieistotności”, wyd. W.A.B., Warszawa, 2015 r.
Komentarze