Uważam, że każda kobieta potrzebuje od czasu do czasu przeczytać jakąś romantyczną, mniej lub bardziej pikantną historię, w której ona i on przeżywają miłosne uniesienia i wewnętrzne rozterki. Zdarza się, że i ja sięgam po jakieś romansidło, aby zaznać odrobiny odprężenia i mieć co polecać na babskich spotkaniach swoim koleżankom. Niestety, „Tajemniczy zapach szczęścia” nie znajdzie się wśród tych pozycji…
Główną bohaterką książki jest Aldona - pani w średnim wieku. Kobieta właśnie rozwiodła się z mężem, który zdradzał ją i poniżał przez lata. Ona, żeby nie dać się stłamsić, postanowiła zacząć nowe życie. I tu zaczyna się cała heca.
Niesforna Aldonka najpierw wpada pod koła samochodu swojej koleżanki z podstawówki, a następnie w sidła miłości zastawione przez nijakiego Mikusia… I właśnie wtedy w jej życiu zaczyna się błyskawiczna, ale jakże groźna umysłowa menopauza, którą można nazwać odlotem rozumu. Niestety, wprost proporcjonalnie do zaniku mózgu, rozrasta się pożądanie naszej bohaterki. Seks uprawia wszędzie – w taksówce, w salonie, w przebieralni w galerii handlowej. Mikołaj za każdym razem „jest już gotowy” i „wchodzi w nią głęboko” doprowadzając do „szalonej rozkoszy”. Po miłosnych igraszkach parka pije kawusię, je obiadek lub pije rosołek. Do tego wszystkiego dochodzi kanonada zachwytów Aldony nad swoim nowym kochankiem: „O matko! Jaki on jest seksowny!”, „Ciasteczko z niego takie, że mniam, mniam” czy „ Przeżywałam z nim fale niesamowitych orgazmów”. Fiu, fiu! Babeczka ostra jak zapalenie otrzewnej!
Wszechobecne zdrobnienia, schemat od seksu do jedzenia i ten makabryczny język powodują, że powieść staje się karykaturą romansu. Miejscami miałam wrażenie, że czytam zwierzenia nastolatki – nimfomanki, która startuje do castingu na porno gwiazdę. Bohaterka jest osobą tak niedojrzałą, że aż nie mogłam uwierzyć, że autorka obdarzyła ją przeszło czterdziestoma latami! Jej powiedzonka i słówka typu „normalnie”, „masakra”, „że nie mogę” budziły we mnie tylko niesmak. Jednak czarę goryczy przelała scena, w której Mikuś zlizywał z jej dekoltu majonez, kwitując stwierdzeniem, że ma w sobie wiele fantazji. Wtedy już naprawdę nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać.
Powieść „Tajemniczy zapach szczęścia” w ogóle nie spełniła moich oczekiwań. Jest infantylna i nie ma w niej nic poza, kulejącym zresztą, wątkiem seksualnym. Zbliżenia pary są mdłe i krótkie. Nie ma tu żadnej eskalacji uczuć, napięcia towarzyszącego scenom łóżkowym, dyskretnego erotyzmu podsycanego półsłówkami, spojrzeniami… Do tego dochodzi ten nieszczęsny Mikołaj - macho i wirtuoz rozładowywania kompleksów bohaterki, który jak się okazuje miał porachunki z mafią. Jednak i ten wątek urywa się gdzieś i ginie w natłoku seksu bez wyczucia i rozmów bez charakteru.
Mam nieodparte wrażenie, że pani Jaroszczak zapukała w dno od spodu i zdefiniowała tym samym żenadę na nowo, która od teraz będzie dla mnie synonimem tytułu tej książki. Jedyne, co mogłoby ją uratować to transplantacja akcji, ale niestety na to jest już za późno.
No cóż. Jaki kraj, taka James…
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Aneta Jaroszczak, „Tajemniczy zapach szczęścia”, wyd. Psychoskok, Konin, 2016 r.
Komentarze