Dlatego też schemat postępowania z nią musi być prosty. Nie ma co silić się na wyszukane metafory i poezję. Należy skupić się na jasnych i zwięzłych komunikatach. Grupy pod żadnym pozorem nie wolno traktować poważnie. Profilaktycznie, tak na wszelki wypadek, podchodzić do jej członków jak lekko chorych. W kontaktach udawać idiotkę ( Boże broń skończoną), często przytakiwać, udawać nieskończenie zdziwioną. A po całej szopce iść i robić swoje.
Genialny, dobry i sprawdzony przepis na postępowanie z mężczyznami. Fantastyczny. Jak cała książka zresztą. Kiedy wzięłam ją do rąk, bałam się, że będzie to kolejna arcynudna pozycja o jakiejś szukającej męża świrusce, jej równie walniętej matce i zapasionej przyjaciółce płaczącej w poduszkę i wpieprzającej ciastka w ilościach hurtowych. I rzeczywiście. Moje obawy się potwierdziły, ale mimo tego nie jestem nawet odrobinę zawiedziona. Ta powieść to kosmos. Po prostu zaczynasz czytać i popadasz w stan nieważkości. Nie obowiązuje cię grawitacja, a z czasem zaczyna brakować tlenu (ze śmiechu).
Tak jak napisałam, powieść Matyldy Man jest historią Jagódki – 34 latki, która ma wszystko, co kobieta w jej wieku powinna mieć, oprócz męża. Na jego poszukiwaniach upływają jej dni, miesiące i lata. Zdesperowana panna (sic!) szuka pociechy u przyjaciółki Beaty (która po zrzuceniu kilkudziesięciu kilogramów przeistacza się w dzikie zwierzę i daje upust swoim nagromadzonym przez lata żądzom) lub sąsiadki Irenki (fanki nalewek). Na wszystko z ogromną dezaprobatą patrzy się matka Jagody. Mimo szykowania najlepszych wołowych kąsków (córka jest taka blada), wspominania niedoszłego zięcia Damiana (dentysty, który na szczęście zdążył zrobić jej protezkę w promocyjnej cenie) i stosowania różnych technik manipulacyjnych (tyle przecież dla niej poświęciła) matka nie jest w stanie pomóc nie najmłodszej już Jagódce. Sama Barbara szybko została wdową. Jej mąż po prostu wrócił z pracy do domu, usiadł i zmarł nie zjadłszy wcześniej obiadu. Od tego czasu starała się swojej najukochańszej Jagódce poświęcić tyle, ile mogła; zastąpić i ojca, i dziadków, i męża, który być może któregoś dnia pojawi się w życiu jej ukochanej jedynaczki.
Powieść Matyldy Man to najlepsze, co spotkało mnie w ostatnim czasie. Temat na powieść wydaje się być na maksa oklepany. No bo po raz który (po mdłej i przegadanej Bridget Jones) można czytać powieść o zdesperowanej starej pannie?! Jednak jak się okazuje temat – nawet najbardziej banalny – może okazać się hitem, jeżeli zostanie odpowiednio podany. Matylda Man ma rozbrajający styl pisania, ogromne poczucie humoru i przede wszystkim lekkość w szkicowaniu postaci, które z miejsca podbijają nasze serca. Autorka pokazała perypetie bohaterów w sposób przerysowany, momentami wręcz karykaturalny, ale takie właśnie prowadzenie fabuły okazało się doskonałym sposobem na zjednanie sobie wiernych czytelniczek. Witam panią w gronie moich ulubionych autorek, pani Matyldo!
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Matylda Man, „Trzeba marzyć”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2017 r.
Komentarze