„Tutto bene” to literackie dziecko Manuli Kalickiej i Zbigniewa Zawadzkiego. Zadbane, przewinięte i dokarmione, ale nie przekarmione, dziecko. Czytelnik w żadnym momencie nie ma poczucia przesytu czy niedostatku. Jakby na potwierdzenie, pod koniec pojawiają się słynne słowa Einsteina: „Wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”. Jest to zarówno dewiza jednego z pierwszoplanowych bohaterów – Grzegorza, jak i puenta całej kryminalnej historii.
Fabuła „Tutto bene” niejednokrotnie zaskakuje prostotą, płynnością i lekkością. Można powiedzieć, że to nie czytelnik brnie do przodu, ale ona sama go niesie, niczym nurt rzeki. Dzięki temu książkę da się przeczytać w jeden dzień. Gdzieś w środku rodzi się potrzeba, by wiedzieć, co nastąpi za chwilę. Niepocieszeni będą zatem ci, którym obowiązki rozłożą lekturę na kilka dni. Za szczęśliwców mogą się za to uważać mieszkańcy Warszawy, gdyż odczują oni bliskość odwiedzanych przez bohaterów miejsc. Dodatkowo wydarzenia przedstawione zostały tak realistycznie, że nie sposób nie założyć, iż rozegrały się tuż obok. Idąc ulicą, z książką w ręku, ciężko oprzeć się wrażeniu, że któryś z bohaterów stał na rogu skrzyżowania, które właśnie minęliśmy. Tak znaczącej realności dodają postaciom króciutkie wątki poboczne, które idealnie komponują się z fabułą. Przemycone zostały w nich elementy biograficzne każdego z pracowników restauracji Tutto bene. Nie mamy przy tym wrażenia odejścia, czy rozminięcia z głównym wątkiem. To pewnego rodzaju uzupełnienie. Nie znając ich, traktowalibyśmy Zosię, Grzegorza i ich współpracowników, jako postacie czysto literackie. Jednak dzięki tym kilku informacjom, materializują się oni tuż obok nas. Dostają własną tożsamość, a po zamknięciu książki żyją nadal, tylko czytelnik już nie wie jak. A może i wie?
Prawdziwą sztuką jest ukazać kryminalny światek na obyczajowym, a może nawet i komediowym tle. Widzimy śmierć, ale się jej nie boimy. Poznajemy zbrodniarzy, ale jesteśmy pewni, że dosięgnie ich sprawiedliwy wyrok. Powtórzę się, pisząc, że książka „Tutto bene” jest bardzo lekka, ale nie mogę uciec od tego określenia. Jest najlepsze, najprawdziwsze. Bohaterowie momentami wzruszają, rozczulają, powodują wstrzymanie oddechu lub wywołują na twarzy szeroki uśmiech. W toku czytania tak bardzo wchodzimy między nich, że nawet bez wymieniania imion wiemy, z kim mamy do czynienia. Wystarczy sposób mówienia, tempo chodzenia, szelest ubrania. Od pierwszej, aż po ostatnią kartkę, stajemy się uczestnikami wielkiej strategicznej gry. Mamy poczucie realnego wpływu na los bohaterów. Jesteśmy w stanie im pomóc, ochronić życia, podpowiedzieć. I w zasadzie to jest cała tajemnica znakomitości „Tutto bene”. Obietnica przeniesienia nas w inny świat, albo raczej zmaterializowania tego innego świata w naszym. Postawienie nas na równi z bohaterami, szansa na przeżycie przygody, oderwanie od codzienności. Pozostaje zatem życzyć każdemu miłośnikowi literatury, by jak najczęściej trafiał na tego typu książki.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Manula Kalicka, Zbigniewa Zawadzki, „Tutto bene”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Komentarze