„Bóg nie może być wszędzie, dlatego wynalazł matkę”. Przed przyjściem maluszka na świat przyszła mama kupuje malutkie ubranka, kosmetyki, pościel do łóżeczka; przyszła mama gładzi się po brzuchu i wyobraża sobie, jak będzie wyglądało jej dziecko. Kiedy te się z kolei urodzi, całuje je, głaszcze, dotyka maleńkich stópek, śpiewa kołysanki, tuli. A kiedy trzykilogramowy skarb zaśnie, zastanawia się, kim zostanie w przyszłości. Astronautą? Doktorem nauk humanistycznych? A może lekarzem lub nauczycielem? Czy którakolwiek matka dopuszcza do siebie myśl, że jej dziecko w przyszłości może zostać kryminalistą?
Erica, gdy urodził się jej jedyny syn – Craig, też nie myślała, że przez lwią część życia będzie musiała odwiedzać swoją ukochaną latorośl w więzieniu. Chłopak został skazany za zamordowanie swojej dziewczyny Lucy i choć wszystko miało miejsce ponad 17 lat temu, miasteczko nie zapomniało o tej straszliwej zbrodni. Mimo niechęci miejscowych oraz wielu obelg pod swoim adresem Erica nigdy nie uwierzyła w winę swojego syna. Na wieść o jego warunkowym zwolnieniu w miasteczku zaczyna wrzeć; lokalna gazeta chce napisać o tym reportaż, a samą Ericę ta sytuacja zaczyna przerastać. Z jednej strony kobieta zdaje sobie sprawę, że jej syn nie jest już słodkim, malutkim chłopczykiem; z drugiej – boi się reakcji sąsiadów i mieszkańców, którzy przez te wszystkie lata skutecznie utrudniali jej życie.
Kilka dni po zwolnieniu Craiga miejscowe media podają wiadomość o zaginięciu młodej dziewczyny, a cała sytuacja bardzo przypomina tę sprzed laty. W Erice budzą się wątpliwości co do niewinności swojego syna. Kobieta kiedyś nie powiedziała policji całej prawdy i co więcej – ukryła ważne dowody. Teraz zastanawia się, czy dobrze zrobiła. Czy kobieta w obronie ukochanego jedynka nie posunęła się odrobinę za daleko?
„Tylko matka” jest thrillerem raczej dla niedzielnych fanów tego gatunku. Początek jest bardzo wciągający i tajemniczy, ale nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, aby bardzo szybko domyślić się, kto jest mordercą i ułożyć w głowie wszystkie elementy układanki we właściwych miejscach. Zresztą, paleta bohaterów była tak zawężona, że nie było mowy o tym, aby zaskoczyć czytelników (chociaż z drugiej strony Aghacie Christie się to udawało). Z drugiej strony to dość przewidywalne zakończenie i tak było lepszą opcją aniżeli jakieś rozwiązanie z kosmosu za pomocą wprowadzenia jakiegoś bohatera – słupa, co już miało miejsce w kilku książkach i okazało się totalną klapą.
Elisabeth Carpenter dość umiejętnie prowadzi narrację; powieść czyta się naprawdę bardzo szybko i zainteresowaniem śledzi poczynania bohaterów, ale tylko do momentu, w którym wiadomo już, co będzie dalej. A na to nie trzeba zbyt długo czekać. Fabuła jest, moim zdaniem, spłaszczona jak naleśnik; a napięcie budowane dość nieudolnie, a te dwa elementy są kluczowe dla literatury z tego gatunku. Uważam, że Carpenter zmarnowała naprawdę fantastyczny potencjał na mocną, zapadającą w pamięć powieść.
„Tylko matka” to lektura która ni ziębi, nie grzeje; idealna na wakacyjne lenistwo, kiedy nie trzeba aż tak bardzo wysilać swoich szarych komórek.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Elisabeth Carpenter, „Tylko matka”, Albatros, Warszawa, 2020.
Komentarze