Zarówno okładka, jak i zapowiedź książki bardzo mnie zaciekawiły. Szpital dla obłąkanych, w którym działy się sceny, których sam Dante mógłby pozazdrościć; wyspa w środku zimy, zamknięty krąg bohaterów, tajemnice… Wszystko to wyglądało naprawdę obiecująco, ale, niestety, na wyglądaniu się skończyło.
Główna bohaterka, Rosemary Tulle, przyjeżdża na wyspę u wybrzeża stanu Maine, ponieważ jej siostra znajduje się w dość ekskluzywnym, ale zamkniętym dla ludzi uzdrowisku. Halycon Hall to idealne miejsce dla bardzo bogatych ludzi, którzy pragną nabrać sił albo odzyskać wewnętrzny spokój i harmonię. Wcześniej, w jego miejscu, znajdował się owiany złą sławą szpital psychiatryczny, który zamknięto. Niestety plotki o tym miejscu i mroczne tajemnice z nim związane są cały czas żywe. Rosemary pragnie wydostać siostrę z Halycon Hall, która została zamknięta tam wbrew swojej woli. Niestety młoda kobieta nie zostaje wpuszczona na teren ośrodka, nie może spotkać się z siostrą. Co więcej wokół niej dzieją się różne dziwne rzeczy. Ktoś chce ją zepchnąć z drogi, przecina przewody hamulcowe… Zdesperowana Rosemary jest zmuszona prosić o pomoc mężczyznę, którego wolałaby nie oglądać…
Nie polubiłam się z tą historią. Po pierwsze fabuła wlokła się niemiłosiernie. Uwielbiam klimatyczne kryminały, o ile są dobrze napisane i skonstruowane. Wtedy ich przeczytanie zajmuje mi kilka, kilkanaście godzin. Tutaj… co brałam się za czytanie, to zasypiałam. Męczyłam się z tą powieścią kilka tygodni, wydawała mi się niemiłosiernie długa i męcząca. Zabrakło tu czegoś, co przykułoby uwagę czytelnika na dłużej. Miałam wrażenie, że Rosemary jest jak kot, który nic nie robi poza pogonią za własnym ogonem. W pierwszych rozdziałach próbuje się dostać do ośrodka, później ściąga innych ludzi, aby spróbowali jej się dostać, a później okazuje się, że można dostać tam pracę i w ten sposób przeniknąć do jego struktur. Wiele wątków w tej powieści wydało mi się nierealnych – hipnoza, która pomogła głównej bohaterce rozprawić się z przeszłością, przyjazd byłego chłopaka i wątek miłosny z nim związany… Dzisiejsza młodzież powiedziałaby, że jest to odrobinę „cringe”, ja uważam go za co najmniej nietrafiony.
Czytając tę historię, miałam często wrażenie, że autorka zamiast skupić się na tym, co w tej historii najważniejsze, czyli na samym ośrodku i poszukiwaniach siostry, co chwilę zbaczała z tej drogi za bardzo kładąc nacisk na wątki poboczne, a główne traktując po macoszemu. Tak naprawdę zastanawiałam się, o co chodziło autorce i co było w tej historii najważniejsze. Na końcu czytelnik nie otrzymuje odpowiedzi na wszystkie pytania. Ja czułam ogromny niedosyt, bo nie lubię powieści niedomkniętych. To tak jakby gotować trzydaniowy, wyśmienity obiad by na końcu… go nie zjeść.
Główna bohaterka, bo o niej też chcę wspomnieć, nieustannie nazywana jest w powieści Rosemary Tulle. Nie Rose, nie Rosemary, ale Rosemary Tulle. Nie wiem, czemu miało to służyć, ale mnie ten zabieg wydał się zabawny. Miała być powaga, wyszło nadęcie. Może i miała ona potencjał, aby być wyrazistą i interesującą postacią, ale w wykonaniu autorki pozostaje miałka i pozbawiona głębszej osobowości. Co więcej, mimo że Rosemary stawia czoła wielu przeciwnościom, jej charakter nie rozwija się; bohaterka od początku do końca jest taka sama.
„Ucieczka” miała w sobie wiele elementów, które przyciągają fanów kryminałów: klimat małej, odciętej od świata wyspy, mroczny szpital, tajemnice, ponura przeszłość bohaterów, zaginięcie. Niestety cały potencjał tej książki zaczął wyparowywać już po kilku stronach, a na końcu ulotnił się całkowicie. Nie podobało mi się w niej tak naprawdę wszystko, a jej zakończenie okazało się wybawieniem. Jeżeli nie chcecie utknąć na wyspie zwanej „Ucieczką”, to może po prostu na nią nie wchodźcie.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Lisa Childs, „Ucieczka”, Skarpa Warszawska, Warszawa, 2024.
Komentarze