Horror napisany przez Polaka? Tego w puli moich literackich doświadczeń jeszcze nie było. Choć uwielbiam mroczny gatunek i to dzięki niemu wciągnęłam się w świat książek na dobre, rzadko po niego sięgam. Pozycje, które w ostatnich latach wybierałam, na tyle często mnie zawodziły, że obecnie boję się zatrzeć dobre wspomnienia. Zresztą podobnie – a nawet trochę lepiej – mam z filmami. Na kilkadziesiąt horrorów trafi się jeden taki, którego tytułu nie byłoby mi wstyd polecić znajomym, podczas gdy książek musiałabym przeczytać sto, żeby wyłuskać perełkę. I rzadko jest nią debiut. Na dodatek polski. Nieznanego autora. To nie mogło się udać. A może jednak...?
Długo się wahałam, czy sięgnąć po „Urokliwego i porażającego”, powieść o urokliwym tytule i przykuwającej wzrok okładce. Znów posłużę się analogią do filmu i wspomnę, że bardzo często dobra oprawa służy maskowaniu niedociągnięć samego dzieła. Straszne postacie zerkające z plastikowej okładki DVD tuszują fakt, że w środku tkwi rozgotowany ziemniak, za którego – z własnej naiwności – płacimy, a potem nie dajemy rady obejrzeć nawet do połowy, bo zasypiamy z nudów. Tu znalazłam się w podobnej sytuacji. Widząc cudowną okładkę debiutu Michała Jackowskiego, zrozumiałam, że stoję nad przepaścią. Do mnie należała decyzja, w którą stronę zrobię krok.
Raz kozie śmierć! – zakrzyknęłam i skoczyłam wprost w papierowe morze liczące ponad 250 wysokich fal. Przeczytałam rozdział, potem drugi i trzeci. Zanim się obejrzałam, byłam daleko od lądu, a wir wciągał mnie w głąb nieprzeniknionej wody. Czy się bałam? Nie, chyba wyrosłam ze strachu, jaki może wywołać nawet najstraszniejszy książkowy horror. Ale czułam przyspieszone tętno, byłam zaintrygowana i upajałam się ładnym językiem autora. No, z drobnymi błędami, jak choćby powtarzanym co chwilę „ciężko” zamiast „trudno” oraz „zaś” umieszczonym tuż za przecinkiem. Jak na debiutanta Jackowski stworzył bardzo dobry świat, doskonale zbudował napięcie i wyczarował portal, przez który chętny do uczestnictwa w zabawie czytelnik śmiało może wejść.
Pomysł na fabułę był oryginalny, a zarazem nie był. Przy pierwszych rozdziałach książki od razu naszła mnie myśl, że skądś znam taki scenariusz. Zagubiony mężczyzna w wannie, próba samobójcza z żyletką w roli głównej, nagle telefon, dzwoni kobieta, problem z dzieckiem... No tak! Przecież to kalka z nagrodzonego w 2013 filmu krótkometrażowego „Curfew” w reżyserii Shawna Christensena, który dwa lata po emisji został wydany w formie pełnometrażowej jako „Before I Disappear”.
Reszta fabuły była już bliższa tworowi nowopowstałemu, zrodzonemu w umyśle Jackowskiego, a nie zapożyczonemu z zewnątrz. Co więcej, autor do typowego horroru, strasznych domów i demonów dołożył bardzo dużą dawkę świetnej jakości dramatu psychologicznego. Myślę, że to właśnie ten ostatni aspekt tak mnie do „Urokliwego i porażającego” przyciągnął. Każdy z bohaterów przeżywał swój własny dramat – wykorzystywania seksualnego, niespełnionej miłości, odrzucenia, niezrozumienia, niewpasowania się. Było to smutne, a zarazem życiowe i prawdziwe. Koniec końców trudno nawet ocenić, która warstwa książki była straszniejsza: horrorowa, w której zło zgotowały człowiekowi demony, czy dramatyczna, w której człowiek zło zgotował sobie sam.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Michał Jackowski, Urokliwy i porażający, Gdynia, Novae Res, 2016
Komentarze