To, że książka Artura Andrusa będzie niezwykła, mieli szansę przewidzieć czytelnicy jego poprzednich publikacji, utrzymanych w tym samym tonie, a także fani śledzący blog autora, bądź też zaglądający do „Gazety Lekarskiej” lub miesięcznika „Zwierciadło”, w których to pojawiały się teksty mężczyzny. Dla nich „Vietato fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze” może być pewnego rodzaju „powtórką z rozrywki”, jako że książka jest zbiorem publikowanych już tekstów, niekoniecznie powiązanych ze sobą, czy też – jak zauważył Andrus – „powiązanych wyłącznie osobą autora”. Nie sądzę jednak, by miało to umniejszać przyjemność czytania, bo przecież dawno czytane teksty często się zapomina, a i po dobrą książkę czy film z chęcią sięga się ponownie. Jeśli zaś nie czytaliście dotąd żadnych tekstów Andrusa, to też dobrze. Już po żartobliwym wstępie zorientujecie się, z czym macie do czynienia, i albo wciągniecie się bez reszty, albo odłożycie książkę na półkę.
„Vietato fumare...” to rozrywka w czystej postaci. Bynajmniej nie taka, którą można porównać do zabawy w wesołym miasteczku, czy beztroskich tańców na Festynie Zielonej Pietruszki. To niebanalna rozrywka intelektualna, zawierająca całą masę mrugnięć okiem do spostrzegawczego czytelnika. Jej kontekst bywa i polityczny, i społeczny, i gospodarczy, i kulturowy, a na pewno znalazłoby się wiele innych „i”. W tekstach często pojawiają się wiersze i piosenki – wszystkie rymowane, które albo się pokocha, albo... cóż. Ja na przykład bardzo nie lubię rymów, więc muszę przyznać, że przy dłuższych fragmentach przeskakiwałam o parę linijek. Z tego też powodu na początku traktowałam trzymaną w rękach książkę z dystansem, starając się zbyt wcześnie jej nie oceniać. Kiedy jednak napotkałam na pierwsze zdanie, które doprowadziło mnie do śmiechu, a potem na kolejne i kolejne, nie mogłam dłużej opierać się przekonaniu, że to naprawdę dobra rozrywka dla moich szarych komórek, a i rymy przestały mi tak bardzo przeszkadzać. Co więcej, jak w jednym z tekstów bezradnie przyznano, rymowanie jest silnie uzależniające. Chcąc nie chcąc, na wczorajszym spotkaniu ze znajomym co parę zdań wrzucałam jakiś krótki, adekwatny do sytuacji wierszyk. Wszystko przez pana, panie Andrus!
Teksty, które najbardziej przypadły mi do gustu, a jednocześnie najmocniej rozbawiły, zawierały cytaty z wypowiedzi słuchaczy radia, którzy odpowiadali na zadane przez dziennikarza pytania. A pytania były przeróżne. O rodziców, o teściów, o śmieszne przekonania z czasów dzieciństwa, o pseudonimy... Miło jest poznać wyjątkowe doświadczenia z życia obcych ludzi, które mogą być diametralnie różne od naszych, bądź wprost przeciwnie. Dzięki nim tekst „ożywa”, jest bardziej autentyczny, bliższy czytelnikom.
Nie omieszkam również podzielić się jednym z fragmentów, który doprowadził mnie do śmiechu. Mam nadzieję, że jeśli dotąd wahaliście się przed sięgnięciem po „Vietato fumare...”, teraz zdecydujecie się to zrobić. A zatem słuchajcie (czytajcie): „Przez myśl nie przemknęły mi marzenia typu komputer czy quad. W czasach mojego dzieciństwa słowo »komputer« w ogóle nie występowało [...] A »quad« występował wyłącznie w zdaniach: »Staszek quad płytki w łazience« albo: »Władek naquad Józkowi po mordzie«”. Takie proste, a takie zabawne!
Rzadko bywa jednak tak, by absolutnie nic nie budziło czytelniczych zastrzeżeń. I tu „Vietato fumare...” do owych rzadkich przypadków nie należy. Poza rymami, które czasem męczą, o czym już wspomniałam, ale jak tu zarzucać nadmierne rymowanie poecie, autorowi piosenek i wykonawcy tekstów kabaretowych?!, oko drażni miejscami nadmierne „czepialstwo”. Andrus sam uprzedza krytykę, pisząc, że niektórzy mogą uznać, że jest zbyt drobiazgowy, że chwyta się niuansów, że właśnie „czepia się”. Ale taka jest prawda, czasem po prostu robi to, taki jego charakter, taka osobowość. Na szczęście owych „rzepów” nie jest zbyt dużo, a bardziej ironiczni wobec rzeczywistości czytelnicy pewnie nie znajdą ich w ogóle, zgadzając się z autorem. I – żeby było jasne – nie uważam tego za błąd samej książki. W końcu po to czyta się blogi, czy ich papierowe odpowiedniki, by poznać opinię autora i zobaczyć świat przefiltrowany przez jego światopogląd, a nie zgłębiać nudną, pseudo-obiektywną gadkę o tym, że rzeczywistości nie wolno oceniać i krytykować.
Na koniec, podsumowując wszystkie plusy i minusy sposobu pisania Andrusa, a nie wyłącznie książki, napiszę, że... każdy musi przekonać się sam, czy mu taki styl odpowiada. Może zbyt odkrywcze to nie jest, ale za to szczere. Jeśli nie zgodzicie się z poglądami dziennikarza, nie szkodzi – książka jest na tyle zabawna i lekka, choć zarazem poważna, że dostarczy rozrywki (intelektualnej!) nawet sceptycznie nastawionym odbiorcom. Bez względu więc na to, czy po zakończeniu lektury uznacie ją za wartościową, czy też nie, warto w ogóle dać jej szansę. Gwarantuję, że po kilku tekstach będziecie wciągnięci przynajmniej na jednym poziomie – myślenia rymem. A zaraz potem, jak rzep, przyczepi się do was wielokrotnie wspominana w książce piosenka „Piłem w Spale, spałem w Pile”. Miłego czytania i słuchania!
„...Idą sobie polną drogą tacy, którzy dużo mogą. Trąbka im do marszu gra. Dyrektory i prezesy, łase toto na sukcesy, a tymczasem ja: Piłem w Spale, spałem w Pile i to jak na razie tyle! Heeej, o hej...”
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Artur Andrus, „Vietato fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze”, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2014
Komentarze