Prowadzą własne firmy, codziennie podpisują nowe, wielkie kontrakty i zarządzają pracą innych. Są przyzwyczajeni do dominacji na każdej płaszczyźnie. W życiu prywatnym nie potrafią jednak utrzymać żadnego związku. Ich ostatnią deską ratunku jest podróż do seksualnej Przystani Posłuszeństwa. Niestety, miejsce to jest głęboko schowane, owiane tajemnicą i dostępne tylko w drodze polecenia. Wtajemniczonym oferuje weekendowe kursy, na których uczą się oni porzucenia dotychczasowej roli, przekazywania przywództwa innej osobie i całkowitego podporządkowywania się. Nie jest to łatwe, ale z pewnością przyjemne. Po ukończeniu kursu, stają się innymi ludźmi. Pozostają w kontakcie, urządzając cotygodniowe orgie, na których nie muszą podawać swoich imion, czy mówić o życiu prywatnym. Liczy się tylko osiąganie przyjemności i odpłacanie tym samym partnerom.
Ciężko nie zauważyć, że w ostatnim czasie bardzo popularna stała się literatura erotyczna. Zaczęło się od cykli powieści, które dzieliły historię na dwa-trzy tomy. Teraz dostępne są także pojedyncze książki, które bez trudu kończy się w kilka godzin. Jedną z nich jest „Przystań Posłuszeństwa” Mariny Anderson. Nie jestem fanką tego typu książek. Sięgając po nią, spodziewałam się kolejnej miłosnej historii okraszonej lekką nutą perwersji. W zasadzie dużo się nie pomyliłam. Jest seks – dużo seksu, jest dzikość – dużo nietypowych zabaw i jest miłość – w zasadzie już od pierwszych stron. Z pewnością „Przystań Posłuszeństwa” spełnia swoje zadanie, przyspieszając bieg krwi w żyłach, natomiast nie jest pozycją, którą kupiłabym najbliższej koleżance w prezencie.
Może jestem zbyt wybredna. Przygodę z literaturą erotyczną rozpoczęłam od twórczości Anais Nin, która doskonale oddaje atmosferę tajemnicy i nadal smakuje jak zakazany owoc, choć od lat przestała nim być. Nie sposób porównać jej z „Przystanią Posłuszeństwa”. Tutaj czytając, miałam wrażenie, że autorce zabrakło pomysłu na historię, ale tak bardzo chciała napisać cokolwiek, że postawiła na ilość, ignorując jakość. Takim sposobem dostaliśmy marną historię o zakazanej miłości, która oczywiście kończy się happy endem, zasypaną dawką „nieprzyzwoitych słów” i dokładnych opisów aktów seksualnych. Na domiar złego wszystko zdaje się być mocno przerysowane – każdy kocha się z każdym i nikt nie dba o zabezpieczenia, nie mówiąc już o chorobach, które mogliby podczas tych wszystkich orgii złapać. Jeżeli książka miała być logiczna, to nie wyszło. Jeśli jednak miała spełnić wyłącznie rolę afrodyzjaku i fantazji na jeden wieczór, zdała ten egzamin.
Mimo wszystko, przeszkadzały mi błędy logiczne, czy też brak zdrowego rozsądku bohaterów. Mogłoby się także obejść bez miłości. W końcu miała to być literatura erotyczna, a żyjemy w czasach, gdzie duża liczba kobiet nie wiąże już seksu z uczuciem. „Przystań Posłuszeństwa” polecam zatem kobietom, których mężczyzna wyjechał w delegację, a one nie mają pomysłu na wieczór. Książka skróci oczekiwania na ukochanego i podsyci uczucia. Resztę pań odsyłam do klasyki gatunku, czyli wcześniej wspomnianej Anais Nin. Jeśli wam się spodoba, śmiało sięgajcie, po co tylko zechcecie.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Marina Anderson, „Przystań Posłuszeństwa”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013
Komentarze