„»Wiek cudów« to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli »Melancholii« Larsa von Triera” – takie wypowiedzi znalazłam w Internecie, szukając wieści o mającej się ukazać w połowie lutego powieści Karen Thompson Walker. Co więcej, taka sama obietnica znalazła się na okładce pierwszego wydania książki, które miało miejsce w sierpniu roku 2012. Czy to możliwe, by młodzieżowa historia, na dodatek debiutancka, była w stanie dogonić ciężarem tragedii i nastrojowością dzieło tak wybitnego reżysera? Jeśli tak, to dlaczego przez cztery lata ani razu o niej nie usłyszałam? By to sprawdzić, ułożyłam się wygodnie na łóżku i rozpoczęłam lekturę.
Autorka „Wieku cudów” nie jest znaną postacią. Choć od pierwszego wydania książki minęło już parę lat, nie stworzyła niczego nowego. Chcąc znaleźć o niej więcej informacji, najczęściej natkniemy się na opisy i recenzje jej jedynej powieści. Oznacza to, że podchodząc do lektury, nie posiadamy żadnego zaplecza, żadnego kontekstu. Jesteśmy tylko my i treść, historia zawarta na niemal równych trzystu stronach.
Powieść rozpoczyna się spokojnie. Rozdziały są krótkie, fabuła leniwie przez nie przepływa. Ten stan rzeczy utrzymuje się już do końca, z racji tego, że koniec świata w „Wieku cudów” nie jest apokalipsą znaną z Biblii czy amerykańskich filmów sci-fi. Akcja toczy się niespiesznie, nie ma żadnych efektów specjalnych i paranormalnych zjawisk. Tempo nie tylko nie przyspiesza, ale wręcz zwalnia – oto bowiem nagle Ziemia spowalnia swe obroty, dnie i noce się wydłużają. Raz jest zbyt ciepło, by wychodzić na zewnątrz, raz zbyt zimno, by hodować rośliny i zapewnić sobie jedzenie, a co za tym idzie – przetrwanie.
Zdawać by się mogło, że taka monotonia i gęstość atmosfery znużą, a krótkość rozdziałów nie pozwoli się historii rozkręcić. Nic bardziej mylnego. Przez książkę płynie się jak przez zimną rzekę, ale na pewno nie pod prąd. Powolne tempo historii unosi czytelnika na powierzchni niczym woda. Pomimo braku wielkich wydarzeń i zwrotów akcji godnych kryminału, przez ani jedno zdanie nie przebija nuda. Teraz śmiało mogę odpowiedzieć na pytanie zadane na początku recenzji: „Czy to możliwe, by młodzieżowa historia, na dodatek debiutancka, była w stanie dogonić ciężarem tragedii i nastrojowością dzieło tak wybitnego reżysera?”, a odpowiedź ta będzie pozytywna. „Wiek cudów” zaskakuje prostotą, delikatnością i płynnością. Cieszę się, że książka została wydana ponownie, zapewne na potrzeby promocji powstającego właśnie filmu. Martwi mnie jednak, że za ów film odpowiada reżyserka „Zmierzchu”, przez co zamiast obrazu godnego „Melancholii”, dostaniemy przeciętny romans dla gimnazjalistów.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Karen Thompson Walker, Wiek cudów, Kraków, Między Słowami, 2016
Komentarze