„Wielkie kłamstewka” – recenzja

Recenzja książki „Wielkie kłamstewka”.
Małe kłamstewka to nic złego, wszyscy z nimi od czasu do czasu obcujemy. Gdy jednak małych kłamstewek nazbiera się dużo, przestają być małe.

Liane Moriarty to australijska autorka powieści dla kobiet, z których wszystkie stały się światowymi bestsellerami, a część polskich tłumaczeń objęto patronatem klubu „Kobiety to czytają!”. Jej poprzednią powieścią, której promowaniem zajął się między innymi portal „Lubimy czytać”, jest psychologiczny portret zdradzanej kobiety pod tytułem „Sekret mojego męża”. Poza dziś recenzowaną, to jedyna książką, którą miałam przyjemność czytać. Już wówczas zachwyciłam się warsztatem pisarki, jej delikatnym, ale szczerym sposobem ujmowania rzeczywistości, a także ciekawie przeprowadzoną akcją. Wiedziałam, że jeśli na polskim rynku ukaże się nowość jej autorstwa, na pewno po nią sięgnę.

Na nowość specjalnie długo czekać nie musiałam, bo po trochę ponad rocznej przerwie ukazały się „Małe kłamstewka”, których historia rozgrywa się na szkolnym podwórku, w małym nadmorskim mieście. Wszyscy się znają, wszyscy plotkują i odkrywają każdy najdrobniejszy sekret z życia sąsiadów. Ale czy na pewno każdy? Moriarty pokazuje, że nie. To, co najbardziej bolesne i prywatne, zostaje za drzwiami mieszkań, kryje się w mroku szaf i rzucanym przez wysokie łóżko cieniu.

W książce jest wielu bohaterów, jednak głównymi i tymi, których czytelnik powinien polubić, są Madeline, Jane i Celeste. Trzy zupełnie inne kobiety z trzech zupełnie innych światów. A jednak, coś je połączyło. Pewien incydent na drodze, a potem głęboka przyjaźń. Sekret, który muszą rozwiązać czytelnicy, częściowo zawiera się w ich życiorysach, ale znacznie więcej elementów układanki dotyczy innych osób, miejsc i sytuacji. Wszystko jest skomplikowane i zawiłe, a przynajmniej do połowy książki. Wtedy też zaczynamy podejrzewać, aż w końcu wiemy na sto procent. Niestety, od tego momentu daleko do końca, w związku z czym powieść staje się polem do nauki cierpliwości. O ile pierwszą część można czytać przez kilka dni, dawkować emocje, o tyle drugą po prostu trzeba pochłonąć naraz.

Powieść została zaprojektowana wyjątkowo, jak przedstawienie teatralne. Fabuła miesza się z komentarzami osób przepytywanych przez policję i dziennikarkę, a rozdziały często albo się od tych komentarzy zaczynają, albo nimi kończą. Wypowiedzi dalszych bohaterów szybko uświadamiają czytelnikowi, że ktoś zginął, ale ani trochę nie naprowadzają na trop, o kogo może chodzić. Wszystko tylko komplikują, bo są chaotyczne. Chaotyczne celowo. Moriarty bowiem świetnie oddała ekspresję ludzi znajdujących się pod wpływem zasłyszanych plotek, resztek alkoholu i snujących domysły. Autorka mówi wieloma różnorodnymi głosami i wychodzi jej to świetnie.

„Małe kłamstewka” różnią się od „Sekretu mojego męża” atmosferą. W nowej powieści jest zabawniej i luźniej, choć w tle codzienności rozgrywają się prawdziwe dramaty. Pisarka bardziej skupiła się na opowieści niż przedstawianiu stanów duchowych i myślowych bohaterów, udowadniając, że w obu formach doskonale sobie radzi. Jeśli przeczytaliście którąkolwiek z jej książek, ta również wam się spodoba. Jeśli nie, z całą pewnością warto od niej zacząć.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Liane Moriarty, Wielkie kłamstewka, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat