„Wieża na krańcu czasu” – recenzja

Recenzja książki „Wieża na krańcu czasu”.
Gdy magia spóźnia się punktualnie.

Są książki, które otwiera się ostrożnie, jak stare drzwi skrzypiące od sekretów. I są takie, które otwierają się same, z impetem, wciągając czytelnika do środka, zanim zdąży zapytać: „Czy ja w ogóle mam dziś czas?”. „Wieża na krańcu czasu” Amy Sparkes zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To powieść, która igra z czasem, mruga do wyobraźni i podaje magię w formie tak smakowitej, że aż chce się oblizać po przeczytaniu każdego rozdziału.

„Wieża na krańcu czasu” to kolejna dawka magii, śmiechu i szalonych przygód. Dziewiątka, czarodziej Mroczysław, Doktor Łyżek i troll Eryk wyruszają na Mistrzostwa Świata w grze w klasy. Brzmi komicznie? I tak właśnie jest! Ale to dopiero początek, bo w trakcie zawodów zaczynają dziać się rzeczy, których nikt by się nie spodziewał.

Sama Wieża jest jednym z tych miejsc, które w literaturze dziecięcej od razu zapisują się w pamięci czytelnika. Stoi na krańcu czasu — czyli dokładnie tam, gdzie zegarki zaczynają się jąkać, a przeszłość i przyszłość czasem wpadają na siebie na schodach. To budowla pełna tajemnic, skrzypiących stopni, dziwnych zasad i jeszcze dziwniejszych mieszkańców.

Dialogi iskrzą humorem, a relacje między postaciami mają w sobie ciepło, które sprawia, że czytelnik czuje się częścią tej historii — jakby siedział na schodach Wieży i podsłuchiwał rozmowy, popijając herbatę, która nigdy nie stygnie (albo stygnie wczoraj).

Czas w „Wieży na krańcu czasu” nie jest statecznym panem w cylindrze. To raczej psotny kot, który zrzuca przedmioty ze stołu, kiedy nikt nie patrzy. Sparkes bawi się nim z ogromną swobodą, ale też z wyczuciem. Dla młodszych czytelników to po prostu fascynująca zabawa: wydarzenia, które nie zawsze dzieją się „po kolei”, niespodzianki, powroty, pętle. Dla dorosłych – delikatna, mądra refleksja o tym, że czas nie zawsze działa tak, jak chcielibyśmy, i że czasem największą magią jest umiejętność zatrzymania się tu i teraz.

A przy tym wszystkim autorka nie zapomina o humorze. Są tu sytuacje absurdalne, zabawne pomyłki, magiczne rozwiązania, które wcale nie rozwiązują problemów, oraz momenty, w których czytelnik śmieje się cicho, bo rozpoznaje w nich własne codzienne potyczki z rzeczywistością.

Autorka ma dar opisywania rzeczy zwyczajnych w sposób niezwyczajny i niezwyczajnych – w sposób, który sprawia, że wydają się zupełnie naturalne. Magia w tej książce nie jest fajerwerkiem. Jest czymś codziennym, niemal domowym, jak herbata, która zawsze smakuje tak, jak trzeba. Co niezwykle ważne — humor w „Wieży na krańcu czasu” nie jest nachalny. Nie ma tu żartów, które mają rozbawić „za wszelką cenę”. To raczej subtelne mrugnięcia okiem, językowe figle, sytuacje, w których czytelnik uśmiecha się sam do siebie, bo czuje, że autorce sprawiało ogromną radość ich wymyślanie.

To humor, który nie odbiera powagi ważnym sprawom, ale pozwala spojrzeć na nie z dystansem. Dzięki temu książka jest idealna do wspólnego czytania — dzieci śmieją się z przygód, dorośli wyłapują drugie dno.

O czym jest ta książka? Oczywiście o magii, czasie i Wieży. Ale tak naprawdę „Wieża na krańcu czasu” jest opowieścią o dorastaniu i odpowiedzialności, strachu przed zmianą, potrzebie bliskości oraz odwadze bycia sobą, nawet gdy świat działa „nie po kolei”.

To książka, która delikatnie mówi: Nie wszystko da się kontrolować, ale można nauczyć się żyć wśród niespodzianek.

Anna Stasiuk

Amy Sparkes, „Wieża na krańcu czasu”, Kropka, Warszawa, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat