Willow de Beers od dnia swoich narodzin nie miała łatwego życia. Niby miała wszystko, ale w gruncie rzeczy nie to, co chciałaby mieć. Jej adopcyjna matka nieustannie dokuczała jej i traktowała jak osobę gorszego sortu. Uwagi kierowane do Willow były kanonadą narzekań, w których koronne miejsce zajmowało wypominanie niewinnej kilkulatce, że została poczęta poprzez gwałt. Te słowa, ostre niczym ciernie, pozostały w dziewczynie na zawsze.
Jedynie ojciec i niania wspierali Willow i okazywali jej ciepłe uczucia. Tylko to dawało jej namiastkę bezpieczeństwa i pewności siebie. Dziewczynka często miała żal, że tata dystansuje się od tego jak traktuje ją matka i że chociaż stoi po jej stronie, nie potrafi jednoznacznie sprzeciwić się domowej tyrance. Wszystko zrozumiała dopiero, gdy ukochany ojciec zmarł i zostawił ją samą z pamiętnikiem spisanym przed laty…
Szczerze? Spodziewałam się książki, która wbije mnie w ziemię i nie da o sobie zapomnieć. Łaknęłam brudnych i brutalnych spraw zamiecionych pod dywan i wyłażących po latach jak robale z rozkładających się zwłok. Czegoś w stylu Virginii Andrews w czystej postaci. Byłam przekonana, że dostanę od tej powieści porządnego kopa, a po jej przeczytaniu będzie miotało mną jak szatanem. Tymczasem… otrzymałam delikatne pchnięcie opuszkiem palca, a o miotaniu już w ogóle nie było mowy. Poczułam się rozczarowana i dotknięta. „Czy to aby na pewno ta sama autorka?” – pytałam siebie.
Nie chodzi mi o to, że powieść jest zła. Wręcz przeciwnie! Uważam ją za szczegółowo dopracowaną i wielowątkową historię, bogatą w opisy i napisaną pięknym językiem. Ale to nie jest ten poziom, do którego przyzwyczaiła mnie autorka. Zazwyczaj jej powieści obfitowały w mroczne wydarzenia, tajemnice, niespodziewane sploty akcji i tematy uznawane przez większość za tabu. A tutaj tego zabrakło. Tajemnica w rzeczywistości wcale nie była wstrząsająca, a całość wydawała się dość przewidywalna. Miejscami miałam wrażenie, że książka zajeżdża smrodkiem tandetnego harlequina za 4.99, który można zakupić w każdym kiosku za rogiem.
Książkę jakoś udało mi się doczytać do końca, ale tylko dlatego, że jestem naprawdę oddaną fanką autorki, a jak wiadomo prawdziwy fan nie zostawia swojego bożyszcze w tych gorszych chwilach. Uważam, że powieść przeznaczona jest dla kobiet, gdyż znalazło się w niej wiele babskich rozterek, no i przede wszystkim sielankowy romans w otoczeniu pustych jak wydmuszki bogaczy. Nie wiem, czy jakikolwiek mężczyzna przetrwa strony gmerania o kolejnych imprezkach, spotkaniach, babskich ciuszkach.
Zresztą, to czy powieść się spodoba, zależy tak naprawdę od gustu każdego z nas. Mnie, niestety, na kolana nie powaliła.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Virginia C. Andrews, „Willow”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2017 r.
Komentarze