„Wojtek z armii Andersa” – recenzja

Recenzja książki „Wojtek z armii Andersa”.
Kto pije i pali, ten nie ma robali. Kto wcina dżem malinowy, to świetny wojskowy.

Mina brytyjskiego porucznika, kiedy jeden z polskich żołnierzy chciał uzyskać zgodę na przewóz niedźwiedzia do Europy, musiała być bezcenna. Przecież był częścią armii! „A solider, ale nietypowy”. Nie, nie potrzebuje pieniędzy. Tylko żołd żywnościowy i przydział na papierosy. Nie, nie pali. „Zjada… ale tylko zapalone, więc tak jakby palił.”  Porucznik jednak nie mógł wyjść ze zdumienia i jak mantrę powtarzał: „But, it’s a bear!”.

Scena przewozu niedźwiedzia na pokładzie „Batorego” ubawiła mnie do łez. Mały niedźwiadek, który razem z jaszczurką, psem i kilkoma kotami trafił do formującej się armii Andersa, bardzo szybko stał się maskotką wszystkich żołnierzy. Z małego słodkiego misia szybko wyrósł na wielkiego niedźwiedzia i równie szybko przyswoił wojskowe zwyczaje. Uwielbiał zapasy i jazdę w szoferce ciężarówki. Towarzyszył swoim opiekunom w czasie wart i hulanek urządzanych w obozach, podczas których pił piwo i zjadał zapalone papierosy. W czasie bitwy o Monte Cassino wspierał polskich żołnierzy w boju i rozładowywał ciężarówki z amunicją. Dziś Wojtek jest swoistym symbolem armii. Walki o wolność wytęsknionej ojczyzny, o honor.

Jeżeli ktoś zasugerował się tytułem i myśli, że książka w całości poświęcona jest temu niezwykłemu niedźwiedziowi, zawiedzie się. Powieść opowiada o losach żołnierzy z Drugiego Korpusu Polskiego począwszy od wyjścia z ZSRR, poprzez pobyt w Iraku aż do demobilizacji wojsk po wojnie.

Armia generała Andersa była tworem niezwykłym. Po uzyskaniu amnestii, ściągnęło do niej tysiące polskich obywateli ze Związku Radzieckiego. Znalazło się w niej miejsce dla kobiet, osób starszych i wielu polskich dzieci, które zostały zesłane wraz z rodzicami w tę katorżniczą tułaczkę.

Maryna Miklaszewska na kartach powieści w genialny sposób oddała nastroje panujące w armii. Obok postaci historycznych, stworzyła wielu bohaterów fikcyjnych, których osobiste historie wplotła w bieg dziejów świata. Miłość, tęsknota, braterstwo i przyjaźń. Obietnice składane sobie pomiędzy wystrzałami. Delikatne pocałunki w czasie pustynnej burzy. Ludzkie uczucia, nad którymi wisiało widmo wojny i rychłej śmierci. Jednak te wszystkie gesty; słowa zarówno wypowiedziane jak i nie, miały naprawdę głęboki sens. Przywracały wiarę, że jest dla kogo przetrwać. Dawały cień nadziei na nowe, lepsze życie po wojnie.

Uważam przeczytanie tej powieści za niesamowite doświadczenie. Na własnej skórze czułam dramatyzm sytuacji polskich żołnierzy. Razem z nimi przeżywałam trudy i znoje na obcej ziemi. Czułam smak ich łez połykanych podczas bezsennych nocy, kiedy jedynymi towarzyszami byli głód i pragnienie. I najwierniejsza z wiernych, nieodstępująca nawet na krok - samotność.
Polecam.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

M. Miklaszewska, „Wojtek z armii Andersa”, wyd. Zysk i S-ka, Poznań, 2016 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat