Jeśli z jednej strony - dość macie przesłodzonych harlekinów, a z drugiej – mocno udramatyzowanych historii pełnych przeszkód i rozstań – ta książka jest dla was! Lekka, romantyczna i z jajem, co nie znaczy, że infantylna.
Tiffy Moore to niezwykle rezolutna, ale też odrobinę zwariowana dziewczyna, która właśnie rozstała się ze swoim toksycznym chłopakiem i na gwałt potrzebuje taniego lokum. Z kolei Leon, spokojny i nieco tyczkowaty sanitariusz ma to, czego pragnie Tiffy – mieszkanie na wynajem za 350 funtów. O nie, nie, nie – za tanio jak na kawalerkę lub samodzielny pokój! Oferta dotyczy współdzielenia mieszkania oraz łóżka w ściśle określonych godzinach. Dziwne? Nie dla Tiffy, która przystaje na tę dziwną propozycję i zostaje współlokatorką Leona. On przebywa w mieszkaniu do popołudnia, kiedy to odsypia nocne zmiany, ona zaś – wieczorami i nocami. I chociaż nigdy się nie widzieli, świetnie się ze sobą dogadują za sprawą karteczkowej korespondencji. Krótkie liściki zostawiają sobie wszędzie – na łóżku, na blacie kuchennym, na szafie. Wydaje się, że taki sposób życia jest bezpieczny i wygodny… aż do dnia, w którym Tiffy męczona kacem zbyt długo pozostaje we wspólnej łazience.
„Współlokatorzy” urzekli mnie właściwie od pierwszej strony. Kilka scen, w tym spotkanie naszych bohaterów, rozbawiło mnie niemalże do łez. Od samego początku dałam się porwać lekturze, czego zresztą nie żałuję. Książka jest naprawdę fantastyczną odskocznią od codzienności.
Nie wolno jednak tak do końca dać się zwieść pozorom. „Współlokatorzy” to bardzo niepozorna powieść. Sama okładka, tytuł, rymowanka, druk czcionki wskazują, że będziemy mieć do czynienia z lekką, przyjemną i radosną lekturą. Jest to prawdą, ale książka ma drugie dno. Nie brakuje w niej bowiem trudnych tematów takich jak: manipulacja uczuciami, trudności z odejściem od dominującego partnera czy trudne dzieciństwo, w którym nie było ojca. Na początku, oczywiście, strasznie wkurzałam się na Tiffy. „Co ty wyprawiasz?!” – myślałam – „Jak możesz się tak poniżać przed facetem?!” – dodawałam w myślach. Jednak pozbieranie się i podniesienie po związku jest niekiedy bardzo trudne i nie wolno o tym zapominać.
Powieść, tak jak wcześniej wspomniałam, jest cudowna! Jedyne, co mnie wkurzyło, to wątek homoseksualny pana Priora i Johhny’ego White’a, ale nie dlatego, że jestem homofobem albo wykazuję brak tolerancji. Mam ostatnio wrażenie, że chociaż osób homoseksualnych jest zaledwie odsetek, to jesteśmy nimi atakowani zewsząd, nawet z książek. W Internecie przed wyborami wrze, środowisko LGBT urządza tęczowe marsze, trwa wojna kulturowa. Człowiek chce od tego odpocząć i co? Włącza film – homoseksualiści. Otwiera książkę – to samo. Czy naprawdę ten watek musi być niemal w każdej współczesnej powieści? Czy to czyni tę książkę fajniejszą? Bardziej na czasie? Nie znam poglądów autorki i nie chcę znać, ale po prostu bywam już tym zmęczona.
Tak czy siak, książka naprawdę mnie oczarowała. Dobry debiut jest jak jednorożec – zdarza się naprawdę rzadko. A Beth O’Leary się udało.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Beth O’Leary, „Współlokatorzy”, Albatros, Warszawa, 2019 r.
Komentarze