Wspomnienie zaginionego dziecka

Recenzja książki „Czarne sekundy”.
Urzekła cię „Nostalgia anioła”? Koniecznie sięgnij po „Czarne sekundy”!

Kobieta – matka – wygląda przez okno. Odprowadza wzrokiem swoją maleńką córkę. Ostatnie spojrzenie, przelotny uśmiech i dziewczynka znika za rogiem. Matka już wie, że nie zobaczy jej nigdy więcej… Tak oto zaczyna się powieść Karin Fossum, która opowiada o tragedii wiążącej kilka rodzin. Autorka doskonale oddała w niej atmosferę małego miasta pogrążonego w rozpaczy. Czytelnik od pierwszych stron czuje się bohaterem historii. Uczestniczy w poszukiwaniach, czuje zapach lasów i pól, marznie, spacerując po bezdrożach. Fossum nie narzuca nam jednak współuczestnictwa. To my sami mamy ochotę wkroczyć do owego innego wymiaru, by przekonać się, gdzie i jak zniknęło dziecko.

Ciekawym, oryginalnym zabiegiem w „Czarnych sekundach” jest możliwość przewidzenia zakończenia. Przechodząc z pierwszego do drugiego rozdziału, większość z nas będzie przekonana, że wie, kto jest odpowiedzialny za zniknięcie dziewczynki. Każde kolejne zdanie będzie tylko w tym przekonaniu utwierdzać. Myślę, że właśnie taki był zamysł autorki. Fabuła została jednak zbudowana na tyle sprytnie, a napięcie rozłożone tak równomiernie, że czytelnik wcale nie ma ochoty zamknąć książki tylko dlatego, że zna jej zakończenie. Ostatnie strony odbierają dech w piersiach, oko coraz szybciej prześlizguje się po literach, a ręce zaczynają drżeć. Czytaniu towarzyszy poruszenie, smutek i zaduma. Pomysł na powieść nie jest oryginalny, a jednak ma w sobie ogromną moc, którą wyczują nie tylko matki.

Z podobną historią spotkałyśmy się, czytając „Nostalgię anioła”. Choć tam narracja przeprowadzona została w inny sposób, motyw powieści jest ten sam – zaginięcie dziecka. Sama myśl o uprowadzeniu jest tak straszna, że niewiele potrzeba, by brać historię „Czarnych sekund” na poważnie. Czy zdarzyła się naprawdę? Przecież mogła. Tym bardziej, że Fossum postawiła na realizm. Doskonale odrobiła lekcję, opisując miasto, w którym rozegrała się akcja, a także powołując do życia bohaterów. Każdy ma swój indywidualny głos i charakter. Nie ma postaci nijakich, ale nie ma też natrętnie przejaskrawionych. Chciałoby się rzec, że Fossum przelała na papier „samo życie”. Także miejsce akcji osadziła w realnym świecie – w państwie z którego pochodzi i które dzięki temu dobrze zna. To zdecydowanie mocna strona powieści.

Dla tych, którzy docenią geniusz „Czarnych sekund”, mam dobrą wiadomość. Książka jest tylko jedną z części cyklu o inspektorze Conradzie Sejerze. Choć nie miałam okazji poznać reszty kryminałów, śmiało mogę założyć, że są równie dobre. Nie wiem, czy tak przerażające, a zarazem wzruszające, ale na pewno godne uwagi. W końcu nie bez powodu Karin Fossum okrzyknięto „norweską królową zbrodni”, a także przyznano wiele nagród za twórczość. Można by powiedzieć, że jest marką samą w sobie. Jeżeli pomysłu na książki, a w szczególności „Czarne sekundy”, nie brała z życia, to trzeba jej pogratulować wspaniałej wyobraźni. W połączeniu z doskonałym warsztatem, naprawdę zasługuje na podziw. Zatem jeśli lubicie kryminały i macie ochotę na zimową zadumę lub refleksję o życiu, koniecznie przeczytajcie „Czarne sekundy”. Ufam, że książka ta podbije wasze serca równie szybko, jak moje.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Karin Fossum, „Czarne sekundy”, Papierowy Księżyc, Słupsk 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat