„Wypadki małżeńskie” – recenzja

Recenzja książki „Wypadki małżeńskie”.
To nie jest książka o wypadku. Bo czy wypadkiem można nazwać skazę charakteru i narwanie? Nie jest to również książka o małżeństwie.

Bo czy małżeństwem można nazwać układ, w którym jedna strona drży jak liść na wietrze, ilekroć druga przekracza próg?

Sięgając po „Wypadki małżeńskie” – trzecią powieść amerykańskiej pisarki i byłej pracownicy socjalnej Randy Susan Meyers – spodziewałam się sporej dawki domowego dramatu, może bicia, może popychania, ale na pewno dręczenia psychicznego. Smutnej historii, której uczestnikami są nie tylko dorośli, lecz również ich maleńkie jeszcze dzieci. Rozmyślałam, jak powinno się w ich sytuacji postąpić. Jaką podjąć decyzję, by nie zranić rodziny, a jednocześnie nie wyrządzić krzywdy samemu sobie. Nie miałam odpowiedzi.

Książka jest długa i zapisana średniego rozmiaru czcionką, co gwarantuje rozrywkę na długie wieczory. Okładka projektu Agencji Interaktywnej Studio Kreacji wprowadza czytelnika w ponury, jesienny, deszczowy klimat świata przedstawionego. Dodatkowo krople deszczu zostały pokryte błyszczącym materiałem, dzięki czemu sprawiają wrażenie prawdziwych. Za samo przygotowanie graficzne redakcji należy się piątka z plusem.

Czym jednak byłaby książka, gdyby poza ładną okładką nie niosła żadnego przesłania? Mogę was uspokoić, zapewniając, że w przypadku „Wypadków małżeńskich” wszystko jest kompatybilne. Rozdziały, w których autorka oddaje głos kolejno wybranym członkom rodziny, są statyczne i ostrożne w dawkowaniu akcji, za to przesycone emocjami – głównie negatywnymi. Początkowo przeszkadzało mi to, że tak naprawdę nie dzieje się nic naprawdę strasznego. Żadnego bicia? Żadnych śladów pasa na plecach? Żadnych złamanych rąk? Z czasem jednak doceniłam ów fakt nieoczywistej przemocy domowej. Zrozumiałam, że jest ona dla głównej bohaterki i jej dzieci tym straszniejsza, że zbyt mała, aby odejść od męża, zbyt wielka, by żyć u jego boku.

Chciałabym napisać, że punktem zwrotnym jest wypadek Maddy, ale po przeczytaniu całości uważam, że w książce nie ma żadnego punktu zwrotnego. Albo inaczej: jest nim wszystko. Każdy przełom dzieci, każda scena, której nie powinny być świadkiem i każde słowo, którego nie powinny musieć wypowiadać w tak młodym wieku. Odkrycie przez główną bohaterkę zawartości pudełka w szafie. Wykrzyczana przez Emmę prawda. Rozmowa Bena z ojcem.

Nie wiem, co bardziej porusza w „Wypadkach małżeńskich”: tragedia bohaterki, jej męża (nie można bowiem odebrać mu prawa do cierpienia, on także jest ofiarą własnych słabości) czy dzieci. Może wszystkich naraz? Książka posiada doskonałe zakończenie. Jedyne, na które się godzę i w które jestem w stanie uwierzyć. Żadnej ckliwej papki, samo życie. Wielkie brawa dla Meyers.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Randy Susan Meyers, Wypadki małżeńskie, Warszawa, Muza, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat