„Wyspa” – recenzja

Recenzja książki „Wyspa”.
Piękna historia o chorobie, miłości i poświęceniu z niesamowitym greckim pejzażem w tle.

Grecja – a dokładniej jedna z jej wysp, Kreta -  jest jednym z najchętniej wybieranych kierunków wakacyjnych podróży i nie ma w tym nic dziwnego. Kreta zachwyca swoim pięknem, słońcem, piaszczystymi plażami; można podziwiać tam ślady starożytnego świata – europejskiej kolebki cywilizacji. Mało kot jednak wie, że na wysokości miejscowości Plaka z Kretą sąsiaduje mała wyspa – Spinalonga, na której do 1957 roku mieściła się kolonia trędowatych.

Jednak „Wyspa” to nie tylko opowieść o chorych, odtrąconych,  zdeformowanych i skazanych na banicję oraz śmierć z dala od rodziny. To przede wszystkim historia o rodzinie sięgającej kilku pokoleń; to historia o trudnych niekiedy wyborach, o chorobie, o namiętnościach targającymi ludźmi. Pierwsze skrzypce grają tu kobiety, którym los nie szczędził cierpień i którym nie dane było cieszyć się życiem, w całej jego okazałości. Te wszystkie historie nie zostałyby jednak odkryte, gdyby nie ciekawość Alexis, która stojąc przed ważną życiową decyzją, postanawia odwiedzić starą przyjaciółkę swojej matki, Fotini. To właśnie dzięki niej poznaje trudne dzieje swojej rodziny i dzieje Spinalongi.

Opowieść, którą snuje Victoria Hislop, toczy się na dwóch planach czasowych – współcześnie oraz w latach 1903-1957. Świat opisany przez Victorię Hislop nie jest czarno – biały ani jednowymiarowy. Pisarka porusza w swojej powieści różnorodną tematykę. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście życie na tytułowej wyspie, gdzie swój dramat przeżywali ludzie chorzy na trąd – napiętnowani, odcięci od swoich rodzin, skazani na śmierć w izolacji. Pokazuje również, jakie uczucia towarzyszyły chorym i ich rodzinom; z jakimi problemami musieli zmagać się trędowaci – a te miały nie tylko naturę emocjonalną, ale i bardziej przyziemną – brak wody, brak jakichkolwiek rozrywek, słabo funkcjonująca szkoła. Dopiero  z czasem mamy możliwość śledzić rozwój Spinalongi, która nie raz potrafi zaskoczyć, a nawet staje się miejscem całkiem znośnym do życia; miejscem do którego wkracza życie, choć na innych warunkach.

„Wyspa” to historia kapitalna, absolutnie wyjątkowa. Autorka cudownie ubrała w słowa ludzkie zmagania z nieprzewidywalnością życia. „Wyspa” to również opowieść o kobietach – tych silnych i niepokornych, a także tych bardziej wycofanych, zamkniętych. Pokazuje jak wielką siłą potrafi być miłość, niezależnie od formy, jaką przybiera. Miejscami miałam wrażenie, że powieść aż ugina się pod jej ciężarem. To właśnie miłość dodawała skrzydeł; potrafiła dać wolę przetrwania; sprawiała, że nawet na śmierć można było spojrzeć inaczej.

Miejscami czytałam powieść ze łzami w oczach; ta książka ma w sobie coś takiego, jakąś niewypowiedzianą magię, że nie sposób się od niej oderwać. I choć dotyka tematów niezwykle trudnych, to – w ostatecznym rozrachunku – pełna jest wiary i nadziei. Uważam, że stanowi też doskonały pretekst do rozliczenia człowieka z jego… człowieczeństwa i wystawienia noty ze sprawdzianu z relacji międzyludzkich.

Jestem przekonana, że autorka podbije także wasze serca. Jeśli nie miałyście okazji, aby sięgnąć po „Wyspę”, to warto nadrobić zaległości. To powieść, do której będzie się długo i często wracać z nutką nostalgii ukrytą w sercu.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Victoria Hislop, „Wyspa”, Albatros, Warszawa, 2021.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat