Rok 2025 przyniósł kolejną odsłonę XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, który odbył się w dniach 2–23 października w Warszawie. W 2025 roku, w trakcie tego wielkiego konkursu, słuchacze znowu zasiedli, by wpatrywać się w dotyk pianisty; by słuchać, jak palce przywołują mazurki, nokturny, polonezy — i by myśleć o Chopinie jako o ciągłości tradycji i inspiracji. Warto w tym świetle sięgnąć po tę powieść i poczuć, jak literatura i muzyka współbrzmią.
Czytając „Zaklinacza dźwięków” zaraz po konkursie — kiedy echo fortepianowych tonów jeszcze drży — zyskuje się dodatkową warstwę: ten moment historyczny, kiedy świat zbierał się w Warszawie, by słuchać Chopina, staje się przysięgą, że jego dźwięki nadal są żywe, że ta tęsknota – i ta radość – wciąż przemawia. I powieść oferuje czytelnikowi właśnie to: nie tylko opowieść o kompozytorze sprzed wieków, lecz o stałym spotkaniu z nim — w muzyce, w literaturze, w nas samych.
W tej obszernie utkanej powieści — liczącej ponad siedemset stron — autorzy wchodzą w głąb duszy jednego z najznakomitszych romantyków fortepianu, Fryderyka Chopina. Tworzą jego obraz nie jako pomnik, nie jako legendę otoczoną mchem i kurzem wieków — lecz jako człowieka wrażliwego, rozdartego, wpatrzonego w brzmienie i jednocześnie w tęsknotę za krajem i za samym sobą.
Już na początku książki czuć liryczną aurę: Warszawa dzieciństwa, salony, fortepianowe chwyty pierwszych etiud, potem emigracja – Paryż, Londyn, Wiedeń – i nieustająca walka z chorobą, z samotnością, z ciężarem geniuszu. W tle tej biograficznej fabuły tli się muzyka — nie tylko w sensie literalnym: nuty, koncerty, a także cisza po nich, echo minionych dźwięków, wspomnienie dotyku klawiszy. W tym sensie tytuł „Zaklinacz dźwięków” nie jest tylko metaforą — to wizja artysty, który uczy się przekuwać własną tęsknotę w dźwięk, a dźwięk w życie. „Zaklinacz dźwięków” to powieść, która z jednej strony jest wielką panoramą życia — od niemowlęctwa Fryderyka w Żelazowej Woli po pogodną nutę bolesnego finału — ale z drugiej strony nie gubi intymności. Bo Chopin tutaj bywa przyczajonym marzycielem na salonowym parkiecie, i samotnikiem wśród sławy, i patriotą uwięzionym w dźwięku. Czytelnik śledzi go przez triumfy i regresy — wirtuozję i niespełnienie — i zaczyna rozumieć, że muzyka to dla niego nie tylko talent, ale przymus, powołanie, struna napięta pomiędzy byciem a niebytem.
Jednym z największych atutów powieści jest język — napowietrzony humorem i nostalgią zarazem: dowcipne epizody, elastyczne skróty narracyjne, a jednak — w momentach, w których trzeba — pełne powagi, mgły, zawieszenia.
„Zaklinacz dźwięków” to powieść-kamerton: rezonuje długo po odłożeniu książki. Dla miłośnika muzyki klasycznej, dla kogo fortepian nie jest tylko instrumentem, ale brzmieniem życia — będzie lekturą nie tylko inspirującą, ale i głęboko poruszającą. Dla czytelnika literatury pięknej — to doświadczenie wspólnoty faktu i fikcji, świata i duchowości. A dla każdego, kto choć raz słyszał mazurka w ciszy — książka tej pary autorów może się okazać kluczem do zrozumienia, czym był Chopin: „zaklinaczem dźwięków”, który uczynił z ciszy muzykę, a z muzyki — wieczność.
Jeśli miałabym wskazać słabe strony — to być może tempo narracji momentami się wlecze, momenty erudycyjne bywają rozbudowane — ale to właśnie cena, jaką płaci się za ambitne, pełne uczucia i detali pisarstwo. Ja wychodzę z tej lektury z poczuciem, że odnalazłam Chopina — nie w pomniku, lecz w cieniu klawiszy, w świetle lampy przy biurku, w jego samotnym westchnieniu przed chwilą ciszy-odezwy.
Z czystym sercem polecam.
Anna Stasiuk
Wojciech Wiercioch, Joanna Szymska – Wiercioch, „Zaklinacz dźwięków. Powieść o Fryderyku Chopinie”, Wydawnictwo MG, Warszawa, 2025.
Komentarze