Kim jest Nora Roberts? Typową pisarką dla bab. Swoimi ckliwymi romansidłami umilała popołudnia niejednej kobiety. Te zaś szczelnie okryte kocykami i dzierżące książkę w ręce wylewały morze łez nad bohaterami, którzy umierali w imię miłości. „Przecież on był taki piękny, i taki dobry, i w ogóle... Buuu…”, „To taka historia z życia wzięta.” – słyszałam od moich ciotek i koleżanek, które odkłady na półeczkę literackich zdobyczy książkę wydawnictwa Harlequin Enterprises. Mokre poduszki, nieprzespane noce i melancholijne wzdychania – to najlepsze recenzje książek Roberts.
Tym razem autorka pokazała swoim czytelniczkom filuterny grymas na nosie i zamiast kolejnego wyciskacza łez stworzyła trylogię „Strażnicy” – elektryzującą mieszankę romansu, kryminału oraz fantastyki. Zresztą już nie pierwszy raz. „Zatoka westchnień” jest II tomem serii i kontynuuje podjęty w tomie wcześniejszym temat, który notabene jest wyświechtany na wszystkie strony jak stara prostytutka. Bo któż z nas nie czytał powieści o bogach i herosach oraz walce dobra ze złem?
Okrutna bogini Nerezza nie odpuszcza i pragnie zagarnąć kolejną bezcenną Gwiazdę Wody, która razem z innymi tysiące lat temu spadła na Ziemię. Pragnie władzy, nieograniczonej mocy, unicestwienia wszystkiego co dobre. Jednak jej ambitne plany co i rusz zostają udaremniane przez sześcioro strażników. W tej elitarnej grupie znaleźli się: mięśniak a’la Conan Barbarzyńca, podróbka Arielki, wilczyca w owczej skórze (serio!), mistrzyni strzelectwa, cichociemny magik oraz dzielny podróżnik z magiczną busolą. Podobnie jak w poprzednim tomie, również w tym znajdziemy momenty pełne miłosnych uniesień, chwile grozy i sytuacje pełne napięcia. Zaiste, przygód tu co niemiara! Nikt nie będzie miał mi za złe, jeżeli zdradzę, że powieść kończy się happy endem. W tym przypadku to wyznanie nie jest chyba zbyt wielkim zaskoczeniem.
Książkę czyta się naprawdę lekko, szybko i przyjemnie. Nie ma tu jakichkolwiek niezręczności, nie ma przestojów w akcji. Wszystko jest logicznie poskładane i układa się w sensowną całość. Mimo to powieść zalatuje odrobiną tandety. Może to za sprawą typowych postaci i zbyt baśniowej atmosfery? Ciężko mi powiedzieć jak powieść ocenią fani Nory Roberts, do których ja nie należę. Autorka zapisała się w mojej pamięci jako twórczyni romansideł i ciężko oswoić mi się z myślą, że miałaby tworzyć fantastykę.
Mimo licznych awersji przeczytanie tej książki było dość miłym doświadczeniem, które oderwało mnie od codzienności i rutynowych zajęć. Podczas czytania „Zatoki westchnień” co prawda częściej zdychałam niż wzdychałam, ale w ostateczności udało mi się dopłynąć do tytułowej zatoki i na chwilę w niej zacumować.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Nora Roberts, „Zatoka westchnień”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2016 r.
Komentarze