Każde dziecko pragnie mieć matkę, być przez nią kochane, doceniane i zauważane. Zapłaci każdą cenę, byleby zyskać jej aprobatę. Wyprze złe wspomnienia, zasłoni oczy, zamknie usta, zatka uszy. Uda, że słoik pełen zakrwawionych zębów jest szkatułką z guzikami. Będzie trwać przy niej tak długo, jak to możliwe. A gdy ta upozoruje własną śmierć, podpali dom, zostawi je na pewną śmierć i odjedzie, dziecko nie pogodzi się z tym do końca życia. Każdej nocy będzie budzić się z krzykiem, a za dnia odnajdywać cień jej uśmiechu w twarzach przechodniów. Nigdy nie przestanie szukać. Bo choć przez tych kilkanaście lat spędzonych razem doświadczało wiele zła i cierpienia, zapamiętało tylko tych kilka chwil, gdy wraz z matką – ramię w ramię – podziwiało rozbudzające się kwiaty. I choć z upływem czasu zrozumie, kim była, i znienawidzi jej tak mocno, jak tylko się da, nienawiści tej zawsze towarzyszyć będzie ogromna, bolesna miłość i tęsknota.
„Wszędzie śnieg” Gregga Olsena nie jest pogodną bajką o Królowej Śniegu, jaką pamiętamy z dzieciństwa. To historia kobiety, która kochała wyłącznie samą siebie, równocześnie nienawidząc innych ludzi oraz całego świata. Pragnęła mieszkać jak najdalej od zaludnionego miasta, jednocześnie utrzymując z nim kontakt, by móc zarabiać i utrzymywać się przy życiu. Los postawił na jej drodze mężczyznę i trójkę dzieci, z których najstarsze – córka Hannah – została wybrana na główną bohaterkę całej opowieści. Jej matkę nazwałam Królową Śniegu z kilku powodów. Po pierwsze, zajmowała się sprzedażą drzewek choinkowych i dekoracji, po które ludzie przyjeżdżali tuż przed świętami. Do przygotowywania świątecznych stroików używano sztucznego śniegu, który odegrał w całej historii bardzo ważną rolę. Po drugie, tak jak bajkowa odpowiedniczka, matka Hannah nie miała serca. Była na wskroś zła, perfidna i samolubna. Zabiła kilkunastu mężczyzn, kobietę, a także swoich malutkich synków. I wreszcie po trzecie, dzień koszmaru, a także jej ostatecznego zniknięcia, przypadł na wigilię Bożego Narodzenia, kiedy to sztuczny śnieg, użyty do szybszego spalenia domu, wymieszał się z prawdziwym, zostawiając piętno na córce, której do końca życia nie uda się pogodzić ze wspomnieniami.
Choć książka „Wszędzie śnieg” opowiada o zbrodniach i to naprawdę wielu, nie ma w niej krwi. Wszystko utrzymuje się w mroźnym klimacie, gdzie ciała zamarzają i przemieniają się w papkę, dzięki pokrywającym je chemikaliom. Królowa Śniegu – władcza i zepsuta – w swe zbrodnie wmanewrowuje zakochanego pomocnika, którego mami wizją wspólnego życia za zdobyte „dorywczo” pieniądze. Cóż, są to marzenia ściętej głowy – zarówno w przenośni, jak i dosłownie.
„Wszędzie śnieg” Gregga Olsena to niewątpliwie studium siły i okrucieństwa, jakie tkwić mogą w kobiecie – siostrze, żonie, matce. To także tragedia ocalałej córki, której nie będzie w stanie pomóc żaden psycholog, ani psychiatra. Krok po kroku przypomina sobie, co wydarzyło się 20 lat wcześniej. Nie we wszystko może uwierzyć. O sprawie jej matki było na tyle głośno, że sama już nie wie, co jest jej własnym wspomnieniem, a co zaszczepionym przez media obrazem. Czy zdoła przypomnieć sobie wszystko? Odnaleźć matkę, której nienawidzi równie mocno, jak kocha? A co z paczką, którą dostała w pewien z pozoru zwykły dzień? Na te pytania Olsen zdradza odpowiedzi powoli, wielokrotnie używając retrospekcji. Czytamy o teraźniejszości, by za chwilę cofnąć się w przeszłość, a potem wrócić. Igramy z czasem. Stopniowe odkrywanie historii przyprawia nas o dreszcze, ale także wywołuje falę żalu i współczucia dla Hannah. Rana pozostawiona przez matkę wciąż pulsuje. A żeby nakleić na nią plaster, najpierw będzie trzeba jeszcze bardziej ją pogłębić.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Gregg Olsen, „Wszędzie śnieg”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013
Komentarze