Chyba nigdy w życiu nie doświadczyłam powieści tak surowej i tak do bólu realistycznej. Czytając kolejne słowa, miałam wrażenie, że gryzę kamienie. Twarde, suche i zimne, których nie jest w stanie ogrzać ciepło warg i języka.
Anne B. Radge powoli wprowadza nas w świat norweskiej wioski Byneset – zimnego zakątka położonego na końcu świata, o którym Bóg już chyba dawno zapomniał. Powieść otwiera tajemnicza śmierć siedemnastolatka – miłośnika ptaków, który popełnił samobójstwo. „Oho” – pomyślałam – „Pewnie jakiś skandynawski kryminalik. Będą teraz dochodzić, kto to zrobił”. W myślach układałam już tysiące scenariuszy i typowałam winnych. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że to wydarzenie wcale nie jest kanwą całej historii, a zamiast oczekiwanego kryminału otrzymałam powieść obyczajową.
Święta Bożego Narodzenia to chyba najpiękniejszy czas, na który czeka się cały rok. Zmartwienia ustępują miejsca szczęściu, smutek zamienia w radość, a ci, którzy dotąd żyli osobno – jednoczą się i zapominają o swoich obowiązkach, aby móc spędzić te kilka chwil razem. Jednak czy ta perspektywa cieszy bohaterów? Nie, gdyż mimo tego, że są najbliższą rodziną, znają się tylko z imienia i nazwiska i nie utrzymują ze sobą kontaktu. Najstarszy z braci - Tor prowadzi rodzinne gospodarstwo, Magrido jest właścicielem zakładu pogrzebowego, a najmłodszy Erlend – dekoratorem wystaw sklepowych w Kopenhadze. Kiedy stara Anna Neshov dostaje wylewu, a śmierć zagląda jej w oczy, bracia muszą stawić czoła tej niecodziennej sytuacji. O ile śmierć matki ich zasmuca, to perspektywa spotkania siebie nawzajem napawa całą trójkę niemałym przerażeniem. Kiedy to, co nieuniknione następuje, odżywają dawne wspomnienia; a zabliźnione rany zaczynają krwawić na nowo…
Powieść wzbudziła we mnie dość ambiwalentne uczucia. Z jednej strony otrzymałam piękną literaturę, dopracowane w każdym szczególe opisy i starannie przemyślane analizy postaci. Dostałam też dawkę spokojnego i surowego, ale bogatego języka nasyconego wieloma emocjami. Jednak z drugiej strony poczułam się powieścią nieco rozczarowana. Po zasięgnięciu opinii kilku czytelników i przeczytaniu entuzjastycznych blurbów na okładce spodziewałam się czegoś, co powali mnie na kolana. Tymczasem otrzymałam kolejną powieść, w której tak właściwie nie dzieje się nic. Historia toksycznej rodziny, której członkowie zachowują się jak błądzący we mgle, nie poruszyła mnie, ale spotęgowała moje przygnębienie. Ostatnie dni są zbyt deszczowe i depresyjne, żeby dodatkowo dobijać się tematami krążącymi wokół: umierania, braku porozumienia i cierpienia. Oczywiście w powieści nie mogło zabraknąć wątku homoseksualnego, który jest przez ostatnie lata w literaturze wręcz nadużywany. Czy w co trzeciej czytanej przeze mnie powieści muszą pojawiać się geje albo lesbijki? W imię czego? Współczesnej poprawności?
Mimo wielu minusów, powieść czyta się dość szybko. Polecam ją wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych i domowym archeologom – amatorom uwielbiającym odgrzebywać tajemnice sprzed lat.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Anne B. Radge, „Ziemia kłamstw”, wyd. Smak Słowa, Sopot, 2017 r.
Komentarze