„Zimowy ślub” – recenzja

Recenzja książki „Zimowy ślub”.
„Twoje podejście (…) przywodzi na myśl psa, który zachodzi tylnymi drzwiami do każdego domu na ulicy i z każdego progu zbiera ochłapy.”

Profesjonalna diagnoza faceta postawiona przez główną bohaterkę książki głęboko utkwiła mi w pamięci. Cóż, lord Sebastian St. Vincent nie należał do zbyt wstrzemięźliwych mężczyzn. Taka pszczółka, która skacze z kwiatka na kwiatek i zapyla gdzie popadnie. W dzisiejszych czasach osobnik jego pokroju nie budzi większych emocji i jest po prostu jednym z wielu, dla których seks zajmuje koronne miejsce w piramidzie wartości. Jednak w purytańskiej Anglii St. Vincent uważany był za ostatniego łajdaka o wyjątkowo złej reputacji. Co prawda zła opinia i tak nie zniechęciła pewnych panien do odwiedzania jego łoża, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś ale. Z całego stada adoratorek gustujących w takich jak on ogierach, znalazła się jedna, która potrafiła oprzeć się jego wdziękom, kategorycznie odmówić nierządnych czynów w łóżku i jawnie okazała mu niechęć. Godziło to w honor i dumę St. Vincenta tym bardziej, że tą kobietą okazała się… jego własna żona.

Evangeline Jenner – bo o nią tutaj chodzi – to przyjaciółka Anabelle Hunt i Lillian Bowman (znane z poprzednich części cyklu „Wallflowers” m.in. z „Jesiennego zauroczenia”); szara myszka chowająca się w cieniu. Jednak to tylko pozory! Nieśmiała, jąkająca się i stłamszona przez rodzinę dziewczyna potrafiła walczyć o swoje. Kobieta uciekła z domu i sama złożyła ofertę małżeństwa St. Vincentowi, chociaż wiedziała o jego niecnych występkach. Za jej decyzją kryły się bynajmniej nie uczucia, ale pragnienie odcięcia się od toksycznej rodziny i uratowanie rodzinnej fortuny. Determinacja godna pozazdroszczenia!

„Zimowy ślub” podobnie jak poprzednie powieści Lisy Kleypas czyta się lekko i dość szybko. To wszystko za sprawą nie tylko znanego i powielanego w literaturze schematu (on – ona – przeszkody – chwile grozy – happy end), ale przystępnego i zrozumiałego języka bez zbędnych ozdobników. Te ostatnie pojawiały się tylko przy opisie scen łóżkowych i czasami powodowały wystąpienia u mnie czerwonej plamy zwanej rumieńcem, a innym razem salwę śmiechu. Bo jak nie dać się ponieść żartom po przeczytaniu tekstu o tym, jak kochanek „włożył palec w jej sprężyste kędziory” i uświadomieniu sobie, że przecież wtedy kobiety raczej nie goliły się w miejscach intymnych. Co jak co, ale z realiami epoki autorka zapoznała się bardzo dobrze.

Uważam, że powieść to nie lada gratka dla wszystkich kobiet lubujących się w namiętnych scenach i romansach osadzonych gdzieś w odległej przeszłości. Książka oprócz gorących zbliżeń przekazuje coś jeszcze - uniwersalną prawdę o kobietach i mężczyznach.

Drogie panie! Mężczyźnie nie można się podać na tacy z rozłożonymi nogami. Całą partię należy rozegrać powoli, odpowiednio dawkując emocje i uczucia. Bo przecież nic nie sprawia większej przyjemności niż pogoń myśliwego za uciekającą, aczkolwiek powabną zwierzyną…

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Lisa Kleypas, „Zimowy ślub”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2016 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat