L.J. Shen nie znałam, więc zanim wzięłam do rąk jej najnowszą powieść – „Złodziej pocałunków” - zrobiłam mały research dotyczący twórczości autorki. Okazało się, że Shen ma na swoim koncie ponad 40 powieści, z czego lwią część stanowią współczesne historie romantyczne i erotyki. Fabuła tej książki, jak można dowiedzieć się z opisu na okładce, miała dotyczyć miłości i romansu, które przenikają się razem z polityką i mafijnymi wpływami. Brzmiało nieźle. Pomyślałam, że powieść może będzie czymś w stylu mafijnej serii Cory Reilly „Złączeni”, więc naprawdę z wielkim zapałem zabrałam się do czytania.
Początek był całkiem niezły. Poznajemy Francescę Rossi, dziewiętnastoletnią córkę szefa chicagowskiej mafii, która od urodzenia żyje pod dyktando ojca, jego oczekiwań i zasad panujących w środowisku przestępczym. Dziewczyna została przeznaczona na żonę dla Angela Bandiniego, dziedzica innej mafii i jest przekonana, że podczas nadchodzącego balu maskowego to właśnie on skradnie jej pierwszy pocałunek, przypieczętowując znany wszystkim układ. I tak właśnie się dzieje – Francesca doczekuje się pocałunku, jednak okazuje się, że obdarował nim ją ktoś zgoła inny – sam senator Wolfe Keaton – bezwzględny drań, który zawsze dostawał to, co chciał. Tym razem chce poślubić Francescę, która zaczyna go nienawidzić…
No i mniej więcej od tego momentu wszystko zaczęło się psuć. Autorce naprawdę wiarygodnie udało się wykreować na kartach powieści niechęć dziewczyny do Wolfe’a, który pokrzyżował jej plany. Francesca, mimo młodego wieku, dała się poznać jako dość charakterna kobieta; zadziorna, odważna; nie zachowywała się jak rozpieszczona gówniara. Jednak po pewnym czasie w życie bohaterów wkroczyła sielanka, tęcza, róż i jednorożce. Francesca zaczęła zachowywać się jak napalona łania, której robiło się mokro od patrzenia na narzeczonego; on z kolei nie był lepszy – też zapomniał o swoim celu; o zemście, o wszystkim. Wątki, które na początku były niezwykle istotne (np. zemsta Wolfa na Rossich, budowanie zaufania pomiędzy bohaterami), zostały zepchnięte na drugi plan, a niektóre z nich autorka rozwiązała w jednym zdaniu. Wielka szkoda zmarnowanego potencjału.
Moją uwagę zwróciły jeszcze dwie rzeczy. Pierwszą z nich są błędy, których jest mnóstwo, a chyba najgorszym był ten, gdzie on „wyszedł za nią” (zamiast ożenił). Nie wspomnę o licznych literówkach i koszmarnych powtórzeniach, które zaburzały płynne czytanie. Drugą rzeczą, która w książce mi się nie podobała, jest… fatalna okładka! Nie mam pojęcia, kto postanowił umieścić na niej tak nijakiego faceta, który w ogóle nie pasuje do wizerunku któregokolwiek z męskich bohaterów. Zastanawia mnie, dlaczego wydawnictwo zrezygnowało z bardzo ładnej, oryginalnej okładki zamieniając ją na nijaką, bylejaką. Myślę, że wiele osób może z tego powodu po prosu pominąć tę książkę w księgarni.
Książka nie jest zła, czytało mi się ją dość przyjemnie; sama historia trafiła do mnie, mimo że z czasem autorka zaczęła stosować coraz mniej wiarygodne rozwiązania fabularne. Myślę, że dam jednak autorce szansę i z czasem sięgnę po jakąś inną powieść z jej dorobku. „Złodziej pocałunków”, mimo wad, powinien spodobać się fanom autorki, fanom mafijnych romansów oraz relacji love – hate.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
L.J. Shen, „Złodziej pocałunków”, Edipresse, Warszawa, 2021
Komentarze