Rzeczywiście, w najnowszej powieści Stephena Kinga „Znalezione nie kradzione” głównym bohaterem jest książka, a nawet cała seria książek. Są to kolejne części bestsellerowej sagi, której autor zaszył się na pustkowiu, podejmując decyzję o zaprzestaniu pisania. Swoją decyzją zawiódł wielu fanów, innych zaś mocno rozgniewał. Na tyle mocno, iż postanowili odnaleźć jego dom, włamać się i odebrać notatniki z niepublikowaną twórczością, co do której nie było nawet gwarancji, że istnieje. Ale istniała, a akcja kradzieży połączonej z morderstwem poszła sprawnie i szybko. Przynajmniej na początku, po kilku godzinach bowiem wszystko zaczęło się komplikować, jak to u Kinga, a do już tragicznych wydarzeń doszła nuta grozy, niecierpliwości, wieloletniego oczekiwania. Wszystko tak, jak w prawdziwym, doskonałym thrillerze.
Nowa powieść Kinga podzielona została na trzy duże części oraz kilka rozdziałów dodatkowych, zawierających wydarzenia rozgrywające się już po zakończeniu głównej akcji. Pierwsza nosi tytuł „Zakopany skarb” i jest przeplatanką dwóch czasów – przeszłego i teraźniejszego. Każdy czas ma swojego własnego ludzkiego bohatera, łączy je jednak wspomniany wcześniej bohater główny – książki, czy raczej notatniki z zapiskami. Druga część to „Starzy kumple”, gdzie czas przeszły dogania teraźniejszość, ale znani nam bohaterowie jeszcze się nie poznają. Tu także zostaje wprowadzony trzeci bohater – detektyw – kluczowy dla rozwiązania sprawy. Wreszcie trzecia część, czyli „Piotruś i wilk”, jest nałożeniem się wszystkich rzeczywistości i konfrontacją postaci występujących w książce. Notatniki występują rzadziej w formie materialnej, częściej zaś w rozmowach, kłótniach i szantażach. Nadal są najważniejsze, nadal nadają sens fabule.
Biorąc do ręki powieść Kinga, liczyłam na horror, dzięki któremu mogłabym skonfrontować jego obecną twórczość z niedawno czytaną pozycją Mastertona. Szybko się jednak zorientowałam, że nie będzie mi to dane. Recenzowana dziś książka nie jest bowiem horrorem, ale thrillerem. Bardzo dobrym i trzymającym w napięciu, lecz bez jakichkolwiek potworów czy innych straszydeł. Muszę przyznać, że niemalże pięćset stron przeczytałam w kilka dni, na dodatek w czasie przygotowań do egzaminów na studia, a to o czymś musi świadczyć. O czym? O tym, że powieść jest tak wciągająca, iż nie da się jej odłożyć, nie przeczytawszy jeszcze kawałka, a potem jeszcze jednego i jeszcze. Koniec końców nie dostałam horroru, na który liczyłam, ale myślę, dostałam coś znacznie lepszego.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Stephen King, Znalezione nie kradzione, Albatros, Warszawa 2015
Komentarze