Robin Cook to amerykański pisarz, który jest powszechnie uważany za mistrza thrillera medycznego. Choć nie przeczytałam nawet połowy jego książek, jestem przekonana, że na ów tytuł zasłużył. Pierwszym powodem jest fakt, że Cook ma na swoim koncie kilkadziesiąt książek z pogranicza thrillera i sci-fi, w tym dwa długie cykle: rozpoczęty w 1991 roku cykl Laurie Montgomery/Jack Stapleton i powstały już w XXI wieku cykl Pia Grazdani, drugim zaś przerażająca rzeczywistość, jaką autor kreuje w każdej swojej powieści. Niby czytelnik wie, że to tylko fikcja i wytwór bogatej wyobraźni, z drugiej strony jednak precyzyjność opisów, detale, uporczywe myśli o istniejącym gdzieś tam wysoko spisku rządu, naukowców i medyków – wszystko to nie pozwala mu traktować książek Cooka tak samo jak zwykłej, przeciętnej literatury.
Pod koniec kwietnia bieżącego roku na polskim rynku literackim ukazała się kolejna powieść mistrza thrillera medycznego, za której wydanie odpowiada Rebis. Tym razem historia toczy się w szpitalu połączonym z akademią medyczną, gdzie nauki pobiera bohaterka – Lynn – oraz jej najlepszy przyjaciel Michael, również pozostający na pierwszym planie wydarzeń. Dzięki namowom dziewczyny na oddział trafia jej ukochany, który musi się poddać rutynowemu zabiegowi. Nic nie może pójść źle, a jednak – idzie. Nawet gorzej niż źle! Chłopak zapada w podejrzaną śpiączkę i zostaje przeniesiony do pilnie strzeżonej części szpitala, pozbawionego okien bunkra. A to dopiero początek...
Cook i tym razem nie zawiódł, mało tego – zachwycił! Choć na początku lektury bałam się, że szastanie medycznymi terminami sprawi, iż książka będzie trudna i niezrozumiała, po kilku rozdziałach zorientowałam się, że to nie ma znaczenia. Autor mógł postąpić w trójnasób. Mógł całkowicie zignorować kwestie tłumaczenia laikom świata medycyny, co w oczywisty sposób przyczyniłoby się do zablokowania odczytania sensu. Mógł wyjaśniać każdy najdrobniejszy termin, to z kolei przyczyniłoby się do zwolnienia i rozbicia akcji. I w końcu mógł zastosować zabieg „bohater nie wie, czym jest x, więc drugi bohater mu wytłumaczy”. Na całe szczęście autor wybrał sposób trzeci, dzięki któremu czytelnik został wprowadzony do medycznego świata tylko częściowo, za to w stu procentach bezboleśnie. Jak przy bardzo dobrym znieczuleniu.
Powieść została podzielona na trzy części. Pierwsze dwie – zwłaszcza pierwszą, w którą trochę trudno było mi się wdrożyć – można spokojnie rozłożyć na kilka dni. Trzecia jednak to już szaleńczy galop ku odkryciu prawdy. Na dodatek takiej prawdy, której nikt by nie odgadł. Może częściowo, ale szczegóły fantazji Cooka potrafią zaskoczyć. To chyba dobry czas, żeby odświeżyć sobie jego starsze książki...
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Robin Cook, Znieczulenie, Poznań, Rebis, 2016
Komentarze