„Zróbmy sobie szkołę” – recenzja

Recenzja książki „Zróbmy sobie szkołę”.
Oświata do kosza?

Mikołaj Marcela jest osobą do której mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony cenię jego działalność na rzecz edukacji; cenię to, że zauważa jej problemy i pokazuje konkretne propozycje na ich rozwiązanie. W jego książkach można wyczuć, że edukacja jest mu bliska i dąży do jej poprawy, chociażby na swoim małym poletku. A to jest niezwykle ważne. Z drugiej strony nie zgadzam się z wieloma jego działaniami, uważając je wręcz za szkodliwe. Sam chociażby tytuł książki „Nie jesteś skazanx na szkołę” (nawet Word mi poprawia ten wyraz, cóż program jest najwyraźniej transfobiczny) pokazuje w jak złą stronę skręca Marcela. Zaburzenia płci i tożsamości leczy się psychiatrycznie, a nie propaguje i wmawia społeczeństwu, że jest to normalnie. Przeglądając przed recenzją jego Facebooka i komentarze do różnych wydarzeń, przeczytałam, że autor krytykuję reakcję Jarosława Kaczyńskiego, który do dziesięcioletniej reporterki, Sary, błąkającej się po Sejmie, powiedział: „To nie są sprawy dla dzieci, tak że kochana odejdź sobie”. Cóż, ja powiedziałabym jej to samo, a jestem czynnym pedagogiem od 13 lat. Są miejsca dla dzieci i są miejsca, w których dzieci nie powinno być. Gdyby pan Marcela pogrzebał dłużej w materiałach, zapewne dowiedziałby się, że jej ojciec Franciszek i kolega Mateusz powiązani są z firmą Iboma Media, a wcześniej z  „Nie” Urbana. Już pal licho, że dziecko od małego jest programowane na konkretną opcję polityczną, ale skandalem dla mnie jest, że rodzice w tak okropny sposób promują swoje dziecko, które nie ma jeszcze podstawowej historycznej wiedzy. Ale jeżeli to panu Marceli nie przeszkadza…

Mimo wielu negatywnych myśli związanych z jego osobą, książkę „Zróbmy sobie szkołę” przeczytałam bardzo szybko i ta pozycja, podobnie jak jej autor, też wzbudziła we mnie całą paletę emocji – i tych dobrych, i tych złych. Ja również jestem silnie związana z edukacją. Zawód nauczyciela jest w mojej rodzinie – można powiedzieć - sztafetą międzypokoleniową. Nauczycielką była moja świętej pamięci prababcia, która uczyła dzieci w tajnych kompletach, gdy Niemcy rozpętali wojnę w 1939. Nauczycielami i dyrektorami szkół byli moi świętej pamięci dziadkowie od strony taty, nauczycielami są moi rodzice (w tym tatuś był 20 lat dyrektorem małej, wiejskiej szkoły) i nauczycielką jestem ja. Od moich rodziców wyniosłam z pewnością patriotyczne wartości i etos pracy, jaki powinien obowiązywać nauczyciela. Obserwowałam pracę moich rodziców, szczególnie taty, i na swojej zawodowej drodze dążyłam, aby choć trochę zbliżyć się do nich. Jako dziecko nauczycielskie pamiętam, jak mama przygotowywała w naszym domu swoich uczniów do konkursów. Za darmo! Jak rodzice tych uczniów dziękowali rodzicom, dając im w zamian kurczaki ze swojej hodowli i jajka, bo na nic innego nie było ich stać (tak było w latach 90-tych). Pamiętam jak tata, gdy pojawiały się komputery, zapragnął, aby w naszej, małej wiejskiej szkole była pracownia informatyczna. Wywalczył więc komputery od ARiMR i dzięki temu, że w szkole były prowadzone kursy komputerowe dla rolników, te komputery mogły tam zostać i służyć dzieciom. Sam malował korytarze, kiedy nie było wystarczających pieniędzy na remont. I to wszystko działo się na polu państwowej oświaty i to w latach, gdy ta była dużo gorzej finansowana, a może inaczej – prawie wcale nie była finansowana. Dlatego też krew mnie zalała, gdy pan Marcela postawił tezę, że szkoły państwowe są złe; że nic w nich nie działa; że przedstawił je jako instytucje upadłe, gdzie króluje czarna pedagogika. W opozycji do szkół powszechnych postawił edukację alternatywną, którą wręcz gloryfikuje, uważając jako rozwiązanie dla kulejącej oświaty.

Zgadzam się z panem Marcelą. Trzeba poszukiwać rozwiązań podnoszących jakość kształcenia. Przedstawieni w książce nauczyciele – rewolucjoniści to osoby, które ja również podziwiam. Ewa Radanowicz, Marzena Żylińska czy Marianna Kłosińska to nauczycielskie legendy. Chylę czoła, że znalazły w sobie ogromną siłę, a w innych ludziach - sprzymierzeńców i stworzyły miejsca przyjazne dzieciom, gdzie rozwijane są talenty i potencjał młodych ludzi. Wiele rozwiązań przedstawionych w książce zapisałam sobie w notatniku, aby w najbliższym czasie, gdy będę planowała swoją pracę na kolejny rok, do nich wrócić. Dzień projektowy zamiast siedzenia w ławkach to doskonały pomysł, podobnie jak skorelowanie ze sobą podstaw programowych z różnych przedmiotów (co na co dzień w swojej pracy staram się robić). Prawdą jest, że świat idzie do przodu, a edukacja powinna za nim nadążać.

Uważam jednak, że w tym „zachłyśnięciu się” alternatywną edukacją, pan Marcela nie ukazał wad takich systemów. Są dzieci, dla których działanie projektowe i szeroko pojęta swoboda służą, a są takie, którym nie służą. Są dzieci, które chcą same wybrać sobie obszar zainteresowań, a są takie, które wolą, aby ktoś im ten obszar narzucił (i naprawdę, nie jest to mała grupa!) Nie wiem, czy słusznie, ale osobiście jestem zwolennikiem szeroko pojętej równowagi w każdym aspekcie życia. Jest czas na pracę, ale i na odpoczynek. Jest czas na wspólną zabawę i fantastyczne projekty, ale i czas na samodzielną, wytężoną pracę. Sama, kiedy planuję sobie np. działania z lekturą jest w nim miejsce na zabawę, prace projektowe i przebieranki (staram się w miarę możliwości przebrać za którąś z literackich postaci), ale jest czas na samodzielną, czterdziestopięciominutową pracę z tekstem w ciszy w ławkach. Jest czas na rozmowę, ale i czas na tak bardzo niepopularny dziś wykład, tłumaczenie. Edukacja to nie są tylko fajerwerki; szkoła to nie tik – tok i nie tylko wymyślanie kolejnych, fantastycznych i angażujących zadań, ale i konkretne, konsekwentne, uporczywe i jednostajne działanie. Umówmy się – żadne dziecko nie nauczy się czytać, jeśli kilkadziesiąt razy nie otworzy książki i nie zacznie samo składać liter; żadne dziecko nie nauczy się pisać dopóty, dopóki nie wyćwiczy ręki, pisząc i trenując ciągle tę samą literę. Tak samo jest z nauką. Żaden, nawet najlepszy nauczyciel, nie zastąpi samodzielnej, często żmudnej, pracy własnej. Sposobów na to, aby sobie z nauką, jest wiele – powtarzanie, robienie ćwiczeń, notatek – ale to już osobny temat. Mam jednak wrażenie, że te kwestie zostały w tej książce zepchnięte na bok. Tak jakby wszystko miało być piękne, przyjemne i bezstresowe. Niestety, w życiu tak nie jest. I młodzi muszą być na sytuacje stresowe wystawiani, bo muszą nauczyć się ze stresem mierzyć. Nieraz doświadczą go w pracy, w domu, w interakcjach z innymi ludźmi.

„Wyobraźmy sobie, jak różna byłaby taka nauka od tego, co się dziś odbywa w typowych szkołach, w których najczęściej „odbębnia” się kolejne tematy z podstawy programowej lub kolejne pozycje z listy lektur. „Odbębniają” zarówno nauczyciel, jak i uczeń, dla którego na ogół to, czego się uczy, to czarna magia, w dodatku w teorii i całkowicie oderwana od codziennego doświadczenia” – napisał Mikołaj Marcela. Od razu przypomniała mi się sytuacja, kiedy siedziałam z uczniami na zajęciach dodatkowych i rozmawialiśmy na tak zwane luźne tematy, gdy jeden z uczniów pożalił mi się, że słabo napisał poprawę z graniastosłupów i zapytał: „Czy pani kiedykolwiek w życiu przydał się wzór na pole graniastosłupa?”. Odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą, że nie, ale jakbym robiła remont np. łazienki i musiała policzyć, ile płytek muszę kupić, to zapewne przydałby mi się. Mieliśmy naprawdę cudowną rozmowę na temat wiedzy; na temat tego, że nauka, chociażby o graniastosłupach, to nie tylko wzory – to również myślenie przestrzenne, to również myślenie logiczne, które w połączeniu z wiedzą z innych dziedzin może dać niesamowite efekty. Dzieci w szkole podstawowej nie wiedzą, czego chcą od życia. Ja tego nie wiedziałam jeszcze w trakcie studiów. W podstawówce chciałam być i lekarzem, i policjantką, i biegaczką przełajową, i panią ozdabiającą torebki. Dlaczego więc zakładać, że w szkołach są tylko „odklepywane” kolejne punkty? Myślę, że tu najważniejszym punktem jest nie podstawa programowa jako taka, bo dla jednego cykl rozwojowy sosny (jak ja tego nienawidziłam!) to zbędna rzecz, która w życiu mu się nie przyda, a dla innego to coś niezwykle pasjonującego. Po to mamy szkołę podstawową, aby zdobyć w niej podstawową wiedzę o świecie i mieć ogólne obycie. Myślę, że kluczem, najważniejszym punktem jest właśnie nauczyciel. Jeden nauczyciel przedstawi temat w taki sposób, że będzie on fascynującą przygodą, a inny będzie kazał przeczytać temat w podręczniku i zrobić notatkę. Jeden weźmie uczniów na wycieczkę, pokaże, wyciągnie z rękawa kilka ciekawostek, a inny niekoniecznie. I nieważne czy będzie to szkoła prywatna, leśna czy państwowa; czy dzieci będą siedzieć w ławkach, czy po turecku w kręgu. Kluczem jest nauczyciel. A żeby pełen pasji i pomysłów człowiek zechciał przyjść do szkoły powinien być bardzo dobrze wynagradzany, mieć poczucie sprawstwa, czuć się bezpiecznie. A tego w wielu szkołach (różnych) nie ma.

Bardzo podobały mi się w książce dwa ostatnie rozdziały, czyli „Zadania domowe dla polityków” i „Oświaty równoległe”. Konkret. Są tam bowiem zawarte wskazówki, co mogą zrobić pojedynczy nauczyciele, dyrektorzy, a przede wszystkim – samorządy i politycy – by edukacja była lepsza. Niestety, jak to powiedział mój pan dyrektor – „Oświata i edukacja to taki ocean i niezależnie, ile wlejesz tam wiader, to zawsze będzie za mało; to często jest niewidoczne i niezauważalne”. Trochę tak jest, ale trzeba próbować. Jednak, aby polską szkołę „poprawić” trzeba przede wszystkim robić to powoli i mądrze; rewolucje są nam naprawdę niepotrzebne.

Warto dodać, że pan Marcela w książce przedstawił nauczycieli – biznesmenów, nauczycieli herosów. Po przeczytaniu tej książki można odnieść wrażenie, że aby osiągnąć sukces na polu oświaty, trzeba takim właśnie nauczycielem być. Zabijcie mnie, ale ja uważam, że nie. Nauczyciel ma nauczać, ma pomóc wychowywać. Powinien otrzymać narzędzia od szkoły. Na swoim przykładzie powiem, że staram się na polu edukacji państwowej uczyć jak najlepiej, nieraz do niej dokładam – nie zliczę, ile własnych pieniędzy wydałam na gry, pomoce, książki. Mnóstwo. Zabieram dzieci na wycieczki i zielone szkoły kosztem czasu poświęconego swojej rodzinie. Godzinami potrafię siedzieć i wycinać gry, które sama konstruuję; załatwiam wejścia do prawdziwego sądu, aby dzieci tam, w sali sądowej, mogli odegrać rozprawę nad bohaterem literackim. Ale – powiem szczerze – nie mam po prostu sił i nerwów na projekty, na starania o dofinansowania, na tworzenie wszystkiego od nowa. Nie chodzi mi już nawet o to, że nie otrzyma się za to wynagrodzenia – chodzi mi o to, że jest to czasochłonne, a ja mam swoją rodzinę, swoje dzieci, które kocham i z którymi chcę być. Podziwiam rozmówczynie tej książki – nauczycielki, które „do upadłego” pisały do instytucji, robiły projekty, ale ja mówię o tym otwarcie – takie działania są nie dla mnie.

„Zróbmy szkołę po swojemu” bardzo przypomina mi inną książkę, którą kiedyś czytałam, czyli „Szkoły, do których chce się chodzić”. Treść w dużej mierze jest podobna, aczkolwiek w książce pani Marii Hawranek chyba jest położony mniejszy nacisk na negowanie dorobku szkół państwowych i przedstawienie ich w kategoriach „zła”. Mimo kilku mankamentów uważam, że książka pana Marceli jest warta przeczytania. Fantastycznie jest poznawać inne punkty widzenia przy zachowaniu swojego; czerpać z czyichś rozwiązań; porównywać; rozważać. Ktoś zgodzi się w całości z twierdzeniami autora, ktoś (jak ja) zgodzi się z ich częścią, a ktoś będzie uważał to za mrzonki, nikomu niepotrzebne udziwnienia. Tak już jest; jesteśmy ludźmi, różnimy się między sobą. Będą osoby, które świetnie odnajdą się w systemie i takie, które do niego totalnie nie pasują, ale jedno jest pewne. O edukacji musimy rozmawiać, musimy czynić ją coraz lepszą. I w tym z panem Marcelą zgodzą się chyba wszyscy.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Mikołaj Marcela, „Zróbmy sobie szkołę”, WAB, Warszawa, 2024.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat