Lis Archibald prowadzi w Konarach Wielkich znaną od pokoleń Leśną Księgarnię. Każdy, kto kocha literaturę i niesamowitą aurę, którą roztacza zapach papieru i cudzych myśli, jest w niej mile widziany. Księgarnia jest absolutnie niezwykła również z jeszcze jednego powodu – znajdują się w niej książki napisane tylko w jednym egzemplarzu. Pewnego dnia księgarnię odwiedza stary kret Ferdynand, który prosi Archibalda, aby ten pomógł mu odnaleźć… jego własną historię. Kret spisywał ją w najpiękniejszych i najszczęśliwszych latach swojego życia, które spędził z rodziną i pragnie o nich sobie przypomnieć, ponieważ jego wspomnienia blakną… Choroba zwana zapominalią nie zna litości, pozostawiając w pamięci Ferdynanda białe plamy i odbierając mu codziennie, kawałek po kawałku to, co najcenniejsze. Niestety, okazuje się, że książka została kupiona przez jakiegoś tajemniczego klienta. Archibald z Ferdynandem wyruszają w podróż w nieznane, aby odnaleźć zagubioną historię, podążając śladami kilku ocalałych fotografii.
Jak będzie wyglądała droga tej dwójki? Tego nie zdradzę, ale wiedzcie, że będzie to podróż obfitująca w przygody, podczas której przeszłość będzie splatała się z teraźniejszością, a każdy napotkany przyjaciel – czy to suślica Petunia, czy puchacz Gideon – będzie przybliżał naszych bohaterów do rozwiązania tej niezwykłej zagadki.
„Zwierzoksiąg. Na tropie zaginionych wspomnień” to przede wszystkim książka o przyjaźni i o tym, jak dobrze czuć czyjąś bliskość, gdy w którymś momencie życia pojawią się przeciwności. To swego rodzaju metafora dwóch pokoleń – starszego i młodszego – które mogą się przepięknie uzupełniać. Starsi zawsze służą radą i dobrym słowem, a ci młodsi – szczególnie w obliczu choroby – mogą być dla starszych pochodniami, które wskażą drogę, kiedy pamięć i zmysły zawiodą.
Napisać, że ta książka jest świetna, to jak nic nie napisać. Ona jest po prostu urzekająca, niesamowita, rzucająca na kolana. Czytając ją, miałam wrażenie, że jestem w wehikule, który przenosi mnie do czasów, gdy sama byłam dzieckiem; gdy z dziecięcą naiwnością i wrodzoną ciekawością poznawałam świat. Przypomniały mi się klasyki baśni, które czytali mi rodzice przed snem, gdzieś tam budziły się we mnie, głęboko uśpione, obrazy, wrażenia i doznania sprzed lat. Miałam wrażenie, że mój stan udzielił się też moim dzieciom, którzy z ogromnym zainteresowaniem i wypiekami na twarzy słuchali o kolejnych przygodach Archibalda i Ferdynanda.
Uwielbiam książki, przy czytaniu których czuję się jak w domu u babci. Stare meble, które każdą rysą i zadrapaniem opowiadają swoją historię; imbryk będący niemym świadkiem minionych zdarzeń czy obrazy, w których ramach odbijają się słowa z dawnych lat. I taki właśnie jest „Zwierzoksiąg”. Tutaj każdy jest mile widziany; tutaj każdy może otulić się ciepłem niczym kocem. Tutaj każdy może nauczyć się, że „najlepiej widzi się tylko sercem”. Polecam z całego serca (i duszy)!
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Mickaël Brun – Arnaud, „Zwierzoksiąg. Na tropie zaginionych wspomnień”, Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2025.
Komentarze